Urodzony 22.07.1921 r. we Lwowie. Matura w maju 1939 r. We wrześniu 1939 r. uczestnik obrony Lwowa w batalionie ochotniczym gen. Januszajtisa. Od 1942 r. w Warszawie. Żołnierz Armii Krajowej pseudonim „Ludwik” (na cześć starszego brata, poległego w wojnie polsko-bolszewickiej), uczestnik Powstania Warszawskiego w zgrupowaniu Chrobry II. Niewola niemiecka (Gross-Born II D), oswobodzony w Lubece, pobyt na Zachodzie, 1947 r. — powrót do Polski. Osiadł w Warszawie. Architekt, urbanista, konserwator zabytków. Praca w kraju i za granicą (Francja, Algieria). Na emeryturze, czynny zawodowo jako rzeczoznawca. Odznaka Orląt i inne odznaczenia wojskowe.

„Jestem urodzonym lwowianinem i tam spędziłem 20 lat życia, nim w 1942 r. przeniosłem się do Warszawy ze względów rodzinno-finansowych. Bardzo szybko znalazłem swoje miejsce w warszawskiej Armii Krajowej. Byłem już nieco obeznany z wojną, bowiem dla mnie zaczęła się ona w 1939 r. udziałem w obronie Lwowa. W Warszawie trzeba było być możliwie bezpiecznym, warszawska rodzina załatwiła mi pracę w fabryce parowozów, filii Zakładów Ostrowieckich w Ostrowcu Świętokrzyskim. Zaletą bezsporną był „ausweiss”, czyli legitymacja służbowa. Fabryka podlegała Komendzie Uzbrojenia Armii (Ruestungs Kommando der Wehrmacht), jej ausweiss zwalniał z każdej łapanki ulicznej. Fabryka mieściła się na ul. Kolejowej. Zacząłem pracę jako zwykły robotnik przy rozbiórce parowozów, które przychodziły do remontu, sfatygowane przejściami na wschodnim froncie. Po paru miesiącach awansowałem na wysokie stanowisko pod dachem głównej hali. Tam przez pół roku jeździłem jako Laufkranfuehrer, czyli kierowca suwnicy. W końcu wylądowałem w biurze konstrukcyjnym jako kreślarz. Był to niewątpliwy awans w mojej karierze pracownika fabryki parowozów. Jej ocalałe budynki zajęły po wojnie Zakłady im. Waryńskiego. Teraz w głównej hali mieści się zespół handlowy, przypadkiem tam, gdzie jeździłem ciężką suwnicą. Na szczytowej ścianie jest ślad jednego nieudanego manewru.

Kierownikiem biura konstrukcyjnego byt Herr Karolien, inżynier, Niemiec, ale nie całkiem prawdziwy, był to bowiem tzw. Baltdeutsche, zdaje się z Łotwy. Starszy pan, bardzo dobrze wychowany i wiecznie wszystkim przerażony. Nie miał w sobie nic z władczego okupanta, w gruncie rzeczy były to poczciwe cztery litery. We wszystkim zdawał się na swego zastępcę, którym był inż. Heliodor Rymkiewicz, autentyczny Polak z Litwy, zaciągający z litewska. Przed wojną dyrektor techniczny słynnej fabryki Cegielskiego w Poznaniu, wielki patriota i człowiek o wyjątkowej sprawności umysłu. Umiał każdą przedstawioną sprawę natychmiast całkowicie zrozumieć, ocenić, właściwie osądzić i wskazać postępowanie. Ten typ intelektu spotkałem dwa razy w życiu. Drugą znaną mi osobą o takich zaletach był Jan Zachwatowicz, architekt, po wojnie profesor Wydziału Architektury i pierwszy generalny konserwator zabytków, człowiek o wielkich zasługach dla polskiej kultury.

To był chyba rok 1943, kiedy w moim życiu zjawiły się Łomianki, ówcześnie niewielka wieś pod Warszawą. Obok wsi rozpościerały się duże obszary niezabudowane, lekko pofalowane, częściowo zalesione, wymarzone miejsce do ćwiczeń polowych małych oddziałów. Były więc wykorzystywane przez Armię Krajową. Nasza jednostka miała tam bazę w leśniczówce, gdzie znajdował się podręczny magazyn, służący wojskowej edukacji. Była więc broń, a także spora literatura wojskowa, podręczniki walki, regulaminy itp.

Pamiętam jedno z ćwiczeń w terenie, właśnie w Łomiankach. Zgromadzono tam całą kompanię, która na odkrytym, dobrze widocznym terenie ćwiczyła natarcie piechoty. Na jego skraju biegła droga. Zwykła droga przez las, łącząca jakieś pojedyncze osady. Nie brałem udziału w natarciu. Znalazłem się w kilkuosobowej grupie, mającej za zadanie ubezpieczanie ćwiczeń. Leżeliśmy w krzakach przy drodze w miejscu, gdzie pole ćwiczeń widoczne było doskonale, blisko zakrętu, za którym nic już nie było widać. Zapewne nasze niedoświadczenie wojskowe sprawiło, że nie postawiono nikogo w miejscu, skąd byłoby można obserwować drogę także z tej strony. Właśnie w chwili, kiedy na naszych oczach bardzo pięknie rozwijało się natarcie, a tyraliera posuwała się przepisowymi skokami, nagle zza zakrętu wychynęli na rowerach dwaj żołnierze niemieccy. W jednej chwili stanęli jak wryci i baranim wzrokiem patrzyli na widok, jaki szeroko rozpościerał się przed ich oczami. My otrząsnęliśmy się z zaskoczenia i ścisnęliśmy kolby pistoletów, czekając na rozkaz. Nim jeszcze mógł paść, Niemcy w jednej sekundzie wskoczyli na rowery i pomknęli na nich w tempie, w którym niewątpliwie wygraliby każdy Tour de France, a także każdy inny wyścig kolarski. Uciekli w mgnieniu oka.

I tak się to skończyło. Nie było żadnych konsekwencji, a także żadnych znaków, że do władz niemieckich dotarł jakikolwiek meldunek. Tak też bywało. W strachu przed polskim ruchem oporu niektórzy Niemcy przedkładali własne życie i spokój nad patriotyczny obowiązek wobec Fuhrera i Tysiącletniej Rzeszy. Niestety nie było to regułą, a konsekwencje bywały ostateczne.

Innym razem skończyło się fatalnie. Po ćwiczeniach rozpuszczono uczestników, aby różnymi drogami, pojedynczo lub po dwóch, wrócili do Warszawy. Na rogatkach miasta stały wówczas szlabany, przy nich zbrojne straże, złożone z żołnierzy Wehrmachtu i SS-manów. Taka „wacha” stała pod Warszawą na drodze do Łomianek. Oprócz tego luźne patrole węszyły po okolicy. Nie pamiętam, w którym miejscu złapano po ćwiczeniach dwóch naszych kolegów. Wiesław Wolski i Aleksander Luksie pracowali ze mną w biurze konstrukcyjnym na Kolejowej, zarazem byliśmy w jednej jednostce AK. Do wpadki przyczyniła się nieostrożność jednego z nich, który na ćwiczenia wziął z domu tzw. koalicyjkę, cienki pasek zakładany skośnie przez pierś, podtrzymujący kaburę oficerskiego pistoletu. To znaleźli Niemcy w plecaku, podczas zatrzymania na drodze. Wystarczyło. Wzięci do Gestapo na Szucha, już nie wyszli. Mimo wszelkich starań przepadli bez wieści, zapewne zamordowani na miejscu lub wywiezieni do któregoś z niemieckich obozów zagłady.

Wiadomość o aresztowaniu przyszła szybko. Było jasne, że Łomianki stały się niebezpieczne. Trzeba było natychmiast ewakuować z leśniczówki nasz magazyn. Któregoś ranka znalazła się tam nasza grupa. Broń rozdzielono między kilku kolegów, którzy różnymi bocznymi drogami mieli pieszo przedostać się do Warszawy. Mnie obarczono całą literaturą, która wypełniła sporą walizkę. Było tego tyle, że na samym wierzchu z trudem zmieścił się ręcznik. Rozciągnięty na książkach udawał, że walizkę wypełniają rzeczy osobiste. Wystarczyło jednak podnieść kawałek ręcznika, aby wyjrzał regulamin piechoty i tym podobna lektura. Ale trudno. Ja jeden dostałem rozkaz zabrać się na furę, jadącą szosą (dzisiaj biegnie tędy Wisłostrada). Wyszedłem na drogę, ubrany w płaszcz i kapelusz, z ciężką walizką w ręce. Za chwilę nadjechała jednokonna furka, zatrzymałem, wsiadłem i wio koniku. Nie bytem sam. Furką jechało kilka kobiet, ubranych po wiejsku, w chustkach na głowach. Trzymały kosze, koszyki, kobiałki. W tej scenerii kapelusz i walizka wyjątkowo rzucały się w oczy. Ale nic już nie można było zrobić. Pieszo iść nie sposób, a pośpiech był wskazany.

Furka podjechała pod rogatkę. Głośne „Halt” i stanęliśmy. Spośród kilku żołnierzy ubranych w zwykłe wojskowe mundury „feldgrau”, którzy rozstawili i się wokół furmanki, wystąpił jeden w czarnym mundurze SS i zbliżył się do wozu. Obszedł go z jednej strony, potem z drugiej. Stanął i zaczął patrzyć. Wolno kręcił głową, jego wzrok ślizgał się po pasażerach i pakunkach, aż padł na mnie. Stojąc nieruchomo patrzył na mnie przez chwilę, potem na walizkę. Znów na mnie. Stał i patrzył, a ja na niego. Ruszył się. Obszedł wóz i stanął. Patrzył. Znów na walizkę i znów na mnie. Ja przed siebie na niego, obojętnie znieruchomiały. Tak trwaliśmy. Na plecach poczułem ciepło, gorący pot spływał mi wzdłuż kręgosłupa, Ale nie drgnąłem nawet, siedziałem bez ruchu, patrząc na stojącego naprzeciwko mnie SS-mana. Po chwili jeszcze raz obszedł wóz i stanął. Nagle poruszył się. Krzyknął „Los, los, schnell!” Podniósł się szlaban, woźnica podniósł bat, wóz ruszył, ale on stał i patrzył na mnie. Ja siedziałem dalej nieporuszony, z wolna oddalaliśmy się od posterunku. Po chwili wacha znikła z pola widzenia i wtedy jedna z kobiet spytała „Panie, coś pan taki blady?” Wtedy odetchnąłem.

Dalej już poszło gładko. Dojechałem bez przeszkód pod wskazany adres, oddałem walizkę z całą literaturą i ręcznikiem i pomaszerowałem do domu. J Taki był szczęśliwy koniec przygody, kiedy przez bardzo długą chwilę ważył się mój los. Jeden mój ruch, nieopatrzny gest, westchnienie, diabli wiedzą co, a mogło być inaczej. Wystarczyło otworzyć walizkę i podnieść ręcznik. To była taka „cienka chwila”. Czasu wojny i okupacji zdarzyło mi się takich kilka. Każda inna, ale każda zapamiętana na całe życie. Jak Łomianki.

Michał Witwicki

Nasze Łomianki 9, 2004