Jerzy Regulski – Grzmot, 1944 r.

Narodziny konspiracji

Inicjatywa i pierwsze przejawy walki z okupantem pojawiły się wśród ludności zaraz po zakończeniu działań obronnych, już w listopadzie 1939 r. W grudniu 1939 r., mimo okupacji nie padliśmy na kolana przed hitlerowcami. Sprawa działania w konspiracji i podjęcia walki w podziemiu przeciwko wrogowi była przesądzona i dla nas oczywista. Społeczeństwo polskie szykował się do trudnej walki o odzyskanie niepodległości.

W 1940 r. myśl o konspiracji zaczęła się przeradzać w czyn stosunkowo szybko. Na wsiach nawiązywano kontakty i werbowano ludzi do „armii podziemnej”, tworzono zalążki ruchu oporu, między innymi w Łomiankach, Laskach, Mościskach, Sierakowie, Izabelinie, Radiowie Wólce Węglowej, Truskawiu, Dąbrowie i Palmirach. W naszym rejonie znajdowały się cztery ośrodki konspiracyjne – w Laskach, Młocinach, Łomiankach i Dąbrowie a czwarty w Palmirach. Do konspiracji ze zrozumiałych względów werbowano głównie kolegów, sąsiadów i znajomych, lecz trzonem tych zalążków byli zazwyczaj pokonani przez Niemców i Sowietów wracający z frontu żołnierze Wojska Polskiego. Ważną wówczas zasadą było niewerbowanie młodzieży, bowiem zdawano sobie sprawę, że będzie ona potrzebna po wojnie.

Sprawę stawiano jasno, trzeba się bronić by nie dać się wyrżnąć jak stado baranów, tym bardziej, że według powszechnej opinii Niemcy przegrają na froncie zachodnim i będzie koniec wojny. Wszyscy wprowadzani do podziemnej działalności zamiast nazwisk przyjmowali pseudonimy. By uniknąć „wsypy”, tajemnicy konspiracji przestrzegano aż do przesady. Najczęściej nawet najbliższa rodzina nie wiedziała, że mąż, syn czy córka stali się żołnierzami podziemia.

W Laskach jako pierwszy wystąpił z inicjatywą zorganizowania walki z okupantem Zygmunt Sokołowski, przedwojenny porucznik, kierownik szkoły Powszechnej w Mościskach o pseudonimie „Zetes”.W Izabelinie konspiracją kierowali kapitan WP Stanisław Skrzymian ps. „Dębicz” oraz zawodowy felczer WP Kazimierz Czerwiński ps. „Sum”. W Zakładzie dla Ociemniałych w Laskach z inicjatywą organizacji podziemnej wystąpił plutonowy podchorąży, z zawodu nauczyciel Marian Grobelny ps. „Macher”, który ścigany przez Gestapo przekroczył granicę Generalnej Guberni i ukrywał się w Zakładzie. Kolejnym był student UW Leszek Burakowski ps. „Leszek” oraz Marian Owczarek ps. „Rumiany”, z zawodu robotnik rolny z Wielkopolski. W Truskawiu pierwszymi konspiratorami byli chłopi: Antoni Milej i Adam Gromadka. W Sierakowie – Julian Wasilewski, w Hornówku – Czesław Rybczyński, w Radiowie i Mościskach – kapral kawalerii WP Marian Kajszczak ps. „Kuleczka” oraz Szczepan Chmurski i Franciszek Czerwiński.

Podstacja energetyczna w Łomiankach, ul. Wiślana

W Młocinach pierwszym konspiratorem był plutonowy Piotr Czarnecki ps. „Pionek”. W Łomiankach wyróżniali się jako organizatorzy – plutonowy Izydor Regulski ps. „Jastrząb”, Bronisław Kajszczak ps. „Sylwester”, kapral Hieronim Królak, Szczepan Gutowski ps. „Twardy” oraz majster murarski Władysław Gozdek. Dużym ośrodkiem konspiracji była Podstacja Energetyczna zwana „elektrownią”, gdzie prawie cała załoga przystąpiła do konspiracji. Prym wiedli tu – kapral Bernard Freisleben ps. „Bernard”, kapral Adam Kolman ps. „Adam”i Włodzimierz Żurkowski ps. „Piotr”.

W Burakowie pierwszy ruszył do podziemnej walki starszy sierżant zawodowy WP Kazimierz Zawitaj oraz Stanisław Baran ps. „Wacław”. Za granicą Guberni, tzw. „wachą” w Palmirach, Łomnie i Cząstkowie pracę konspiracyjną rozpoczęli: plutonowy WP, pirotechnik Kazimierz Majewski ps. „Łoś”, kapral WP Edward Derdos ps. „Skalp”, plutonowy Tomasz Miazga z zawodu cieśla, ps. „Młot” oraz Leon Piaszek i Edward Różycki – rolnicy. We wsi Janówek do konspiracji werbował kapral Władysław Burczyński ps. „Szczepan”. W Dziekanowie pierwsi zgłosili się do walki; plutonowy Stanisław Niegodzisz, kapral Józef Niegodzisz oraz rolnik Hieronim Sotomski. Dziś ,po latach trudno ustalić kto jeszcze werbował do konspiracji, tym bardziej, że wielu inicjatorów pracy podziemnej zginęło w walce.

Kompania Młodzieżowa

Warmiński Janusz – Murzyn

Henryk Dzierżyński – Hardy

Pod koniec 1939 r. absolwenci i uczniowie najstarszych roczników gimnazjów im. Mickiewicza, Batorego, Zamoyskiego w Warszawie zaczęli organizować własną konspirację do walki z hitlerowską okupacją. Główną rolę odgrywali tu Tchórzewski, Pamirowski i Wnuk, którzy walczyli w obronie Warszawy. Ponieważ ich ojcowie służyli w pułku zwanym „Dzieci Warszawy” przyjęli więc pochodną nazwę „Wnukowie Warszawy”. Wiosną 1940 r. zetknął się z nimi związany z III Rejonem AK w Rembertowie porucznik „Jastrząb” , który niezwłocznie przyłączył ich do swojego Rejonu. W konspiracji tej znaleźli się dwaj mieszkańcy Dąbrowy Leśnej – syn przedwojennego policjanta Wojciech Pecyński ps. „Polan” i jego kolega Janusz Warmiński ps. „Murzyn”. W czasie konspiracji skończyli oni szkołę podchorążych i z wielkim zapałem przystąpili do organizowania młodzieży z terenu ówczesnej gminy Młociny a zwłaszcza z Łomianek i Dąbrowy. Wkrótce Dowództwo III Rejonu doszło do wniosku, że oddział młodzieży przebywający w takiej odległości od bazy nie ma dla niego praktycznej wartości bojowej. Zapadła więc decyzja by zorganizować dwa plutony młodzieży wokół „Polana”i „Murzyna” do walki po lewej stronie Warszawy i przekazać je pod dowództwo Kapitana Józefa Krzyczkowskiego ps. „Szymon”. Tak więc obaj podchorążowie zaczęli intensywnie zwiększać liczebność swoich oddziałów opierając się głównie na młodzieży z zaufanych patriotycznych rodzin.

Kapitan Józef Krzyczkowski – Szymon

Trzon tych chłopców wywodził się z harcerstwa sprzed 1939 roku, które działało w Łomiankach na czele z harcmistrzem Henrykiem Dzierżyńskim pseudonim „Hardy”. Przysięgę złożono w czasie szkoleń partyzanckich na wydmie Łuże w rejonie Dąbrowy. Ćwiczenia te odbywały się nocą, w rejonie Łuży w bardzo gęstym lesie, zwanym „młodnikiem”, co utrudniało wykrycie ćwiczących. W tym czasie konspiracja wojskowa miała nazwę ZWZ, czyli Związek Walki Zbrojnej, dopiero potem przekształciła się w AK. Kompania Młodzieżowa w liczbie 2 plutonów w okresie okupacji przeszła przeszkolenie w zakresie walki partyzanckiej. Zbieraliśmy broń po polach, w zaroślach, stawach po bohaterskim boju Armii Poznań-Pomorze w dniach 18-22 września 1939 r. pod Łomiankami, Kiełpinem, Dąbrową, Wólką Węglową, Młocinami i Burakowem. Broń ta została przez nas oczyszczona, nasmarowana, wyremontowana i pieczołowicie przechowywana. Pozbieraliśmy wszystkie porzucone hełmy po bitwie, z cmentarzy w Kiełpinie, Lasach i Młocinach. Broń do pełnej użyteczności doprowadzał Władysław Bulaszewski, syn przedwojennego rymarza, który jako żołnierz podziemia przyjął pseudonim „Sokół”. Kiedy przyszło nam walczyć w powstaniu, każdy miał na głowie hełm , prawie wszyscy mieli zielone ubrania, podobne do naszej piechoty, posiadaliśmy również ciężki karabin maszynowy „Browning” typ 30, pistolet maszynowy produkcji amerykańskiej „Thomson”, ponad 30 karabinów KBK, pistolety „Vis”, ręczne granaty i znaczną liczbę amunicji zebranej z pola walki naszych ułanów, porzucone lub ukryte przez idących do niewoli żołnierzy, by nie dostały się w ręce wroga. Kiedy przyszło nam walczyć w Powstaniu Warszawskim 1944 roku plutony nasze weszły w skład Kompanii Młodzieżowej „Grupa Kampinos” pod dowództwem podporucznika „Olszy” Henryka Dobaka. Już 27 lipca 1944 w naszych szeregach panował stan czujności, pogotowia. Każdy z nas gdy opuszczał dom rodzinny, żegnał się z bliskimi i różnymi drogami docierał do Puszczy Kampinoskiej. W pierwszych dniach stacjonowaliśmy w okolicy Janówka, Palmir i Dziekanówka, codziennie przemieszczaliśmy się w inne miejsce. W dniu 29 lipca na jednym ze wzgórz uformowaliśmy 2 plutony. Nocą z 29 na 30 lipca został dokonany atak na posterunek graniczny żandarmerii niemieckiej w Palmirach (waha granicy Rzeszy z Generalną Gubernią). Niemcy zorientowali się w porę i uciekli zostawiając trochę amunicji karabinowej i … portret Hitlera.

Posterunek graniczny został przez nas zdemolowany i strażnica opustoszała. Resztę nocy spędziliśmy na strychach domu, stajni, w stodole i stogach siana leśniczego Henryka Rydla ps. „Tygrys”. W dniu 1 sierpnia chorąży „Murzyn” nie powiedział nam, że rozpoczęcie powstania to kwestia chwili, mimo, że miał pewne informacje na ten temat. Będąc na posterunku obserwowałem dowódcę „Szymona” wraz z oficerami toczącymi dyskusję przy mapach. Pomyślałem, że niedługo ruszymy do walki z wrogiem.

Bitwa o lotnisko bielańskie

Porucznik Janusz Langer – Janusz

Pierwszego sierpnia, w czasie gdy porucznik „Janusz” wraz ze swym oddziałem pierwszy raz nacierał na lotnisko na Bielanach, łącznicy mieli za zadanie dotarcie do ludzi konspiracji i przekazanie wieści oraz rozkazów o koncentracji wszystkich na wzgórzu 103 t.j pagórku leśnym na Łużach. Tej nocy rozpoczęła się mobilizacja,. Ukrywane przez całą wojnę mundury i broń zostały wyciągnięte, wszyscy szli na miejsce zbiórki. Około pierwszej w nocy oddziały VII rejonu były niemal w komplecie, ludzi było dużo, problem był z bronią, nie każdy ją posiadał. Oddziały, które posiadały broń i amunicję otrzymały przydział do batalionu porucznika Janusza Langera „Janusza”. Oddziały, które były słabo uzbrojone oraz pojedynczy żołnierze bez broni byli kierowani do rezerwowego batalionu kapitana „Dulki” – Stanisława Nowosada. Wiele osób spoza konspiracji na wieść o Powstaniu Warszawskim zgłaszała się samorzutnie, aby bić wroga.

Stan bojowy batalionu przeznaczonego do walki wynosił:5 oficerów, 61 podoficerów i 230 strzelców, razem 296 osób. Batalion rezerwowy kapitana „Dulki” liczył 3 oficerów, 19 podoficerów i 270 strzelców, razem: 392 osoby.

W tym batalionie tylko 20 żołnierzy było uzbrojonych, ci mieli ubezpieczać dalszą koncentrację, gdy do walki ruszy porucznik „Janusz”. W pierwszym dniu walki pod Wólką Węglową w naszych plutonach młodzieżowych zginęło 4 naszych chłopaków, pomimo tych strat byliśmy żądni walki i zemsty. Drugiego sierpnia około godz. 2.30 najpierw usłyszeliśmy, a później zobaczyliśmy, oddziały porucznika „Góry”, które przybyły z Wierszy. Głównodowodzącemu kapitanowi „Szymonowi” spadł kamień z serca gdy porucznik „Góra-Dolina” zameldował przybycie oddziału nalibockiego. Aby zabezpieczyć walkę o lotnisko, jeden z oddziałów zgodnie z rozkazem zamknął drogę na Górce Dziekanowskiej, aby wojska niemieckie stacjonujące w okolicach Modlina i Kazunia nie miały możliwości wspierać oddziałów stacjonujących na lotnisku Bielany. Adiutant, porucznik „Wyrwa” dostał raport o stanie oddziałów. Wszystkie oddziały ustawiono w czworoboku, porucznik „Wyrwa” zdał raport dowódcy grupy „Szymonowi”o stanie gotowości do walki, po czym kapitan „Szymon” przemówił tymi słowami:

Nadeszła chwila odwetu, za parę godzin zaczniemy śmiertelnemu wrogowi płacić za czas 5 – letniej okupacji, pohańbienia i cierpień. Czas zemsty jest bliski”. „Szymon” przypomniał nam Pawiak, Aleję Szucha, Oświęcim, Majdanek, wspomniał o pobliskich Palmirach, „…również tu gdzie stoimy – powiedział, Niemcy przywozili ludzi z Pawiaka, łapanek i rozstrzeliwali”. Dodał również, że za chwilę rozpoczynamy ponowny atak na lotnisko.

Zdobycie i zajęcie tego obiektu było bardzo ważne, ponieważ wierzyliśmy, że jutro lub pojutrze otrzymamy pomoc z Zachodu a samoloty sprzymierzonych armii będą lądować na tym lotnisku wraz z wojskami spadochronowymi. Po padł rozkaz wymarszu i po kilku minutach oddziały ruszyły do walki. W środku dwa bataliony piechoty, dwa szwadrony kawalerii i szwadron ckm, a z przodu i po bokach ubezpieczenie. Nasze dwa plutony młodzieżowe uczestniczyły w składzie oddziału porucznika „Janusza”, atakowaliśmy na prawym skrzydle od strony Placówki w kierunku Młocin i lotniska. Po przebyciu 1,5 km nastąpił odpoczynek i odprawa oficerów. Jak podaje w swojej książce „Szymon”- „Powstanie Konspiracja w Kampinosie „ … obsada lotniska składała się z około 700 żołnierzy niemieckich, piechoty i gniazd ckm”.

Dowódca Grupy Kampinos – „Szymon” rozkazał rozpoczęcie walki o lotnisko. Plan był taki: – Batalion porucznika Janusza Langera z piechotą oraz porucznik „Dźwig” z szwadronem cekaemów uderzy od strony Młocin i Placówki. Chorąży „Zbych” z dwoma szwadronami konnymi przetną szosę Warszawa Młociny na wysokości Łomianek i ubezpieczą działanie walk od strony Łomianek. Szwadron kawalerii przetnie szosę od strony Modlina między Pieńkowem, a Górką Dziekanowską. Uderzenie na lotnisko nastąpiło 2 sierpnia 1944 o świcie o godzinie 3.00. Od strony Żoliborza, Bielan – Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego walki rozpoczął pułkownik „Żywiciel” – Mieczysław Niedzielski. Jednak po kilkugodzinnej walce o lotnisko oddziały te wycofały się. Część oddziału pozostała na Żoliborzu, a część starała się ukryć w Puszczy Kampinoskiej. Zgodnie z rozkazem ruszyliśmy do natarcia po przejściu około kilometra z terenu Łuży, obok Dąbrowy Leśnej. Z kolumny marszowej oddziały formowały się w szyk bojowy. Padał deszcz, opadała powoli gęsta mgła. Szliśmy do walki w kompletnej ciszy, nie padł początkowo ani jeden strzał. Zaczęło świtać, gdy nagle w naszym kierunku świsnęły kule.

Niemcy po pierwszym dniu Powstania i pierwszych walkach w Wólce Węglowej, zorganizowali silną linię oporu. Nieprzyjaciel strzelał od strony lotniska kulami świetlnymi oraz pociskami większego kalibru. Zajadle terkotała niemiecka broń maszynowa, byli przygotowani na twardy opór i zaciekłą obronę lotniska. Upadliśmy na ziemię, batalion porucznika „Dźwiga” uruchamia karabiny „Maximy” będące w posiadaniu żołnierzy, którzy przybyli z Naliboku, reszta powstańców strzela z karabinów i pistoletów maszynowych. Posuwaliśmy się skokami do przodu. Padaliśmy i podnosiliśmy się. Nastąpiła wymiana ognia. Niestety zostaliśmy silnie ostrzelani na płaskim, skoszonym polu, na ziemi stały mendle skoszonego zboża, żyta, owsa i jęczmienia oraz nie wykopane ziemniaki. Zagrzebywaliśmy się w ziemię, aby przede wszystkim skryć głowę. W tej sytuacji do walki znów włączają się „Maximy” żołnierzy z Wileńszczyzny. Mimo wszystko posuwamy się wolno do przodu, po kilka metrów, niestety przykryci ogniem nieprzyjaciela przylegamy co krok do ziemi. Po chwili stwierdzamy, że Niemcy do walki wprowadzili nową broń – wóz pancerny. Pada rozkaz – obejść samochód i go zniszczyć. Chłopcy ruszyli do akcji, obrzucili samochód granatami i go zniszczyli. Niemcy wprowadzili do walki moździerze i artylerię polową, pociski lecą w naszym kierunku. Po godzinnej walce zbliżyliśmy się w okolice miejscowości Placówka, nadal utrzymywała się mgła. Niemcy stanowiska bojowe ustawili na dachach i balkonach domów, mieli przed sobą doskonale widoczne pole walki. Nieustannie prowadzili ostrzał w naszym kierunku. Mimo silnego ognia, Dowództwo podtrzymuje rozkaz ataku skokami. Leżąc w kartoflisku podniosłem głowę i zobaczyłem, jak „Szymon” stojąc, obserwuje przez lornetkę ruchy wroga.

Po dwóch godzinach walk posunęliśmy się do przodu o około 300 metrów. Nasze moździerze biją w kierunku wroga, słychać wybuchy, pada rozkaz aby oszczędzać broń i strzelać celnie, ponieważ zapasy amunicji mamy niewielkie. Tu i ówdzie słychać wołania – „sanitariuszki”! Wyciągały one rannych kolegów z pola walki, poza linię frontu, w kierunku Młocin, gdzie był przygotowany szpital polowy.

Porucznik Adolf Pilch – Góra-Dolina

Dzielnie walczyli żołnierze z Puszczy Nalibockiej, na czele z ich dowódcą „Górą-Doliną” – legendarnym porucznikiem Adolfem Pilchem, który mimo gwiżdżących kul stał na pierwszej linii ognia z zawieszonym na szyi angielskim pistoletem maszynowym. Był zahartowanym żołnierzem i wspaniałym dowódcą, przeszkolonym w Anglii i jako „cichociemny” zrzucony na Wileńszczyznę.

Po chwili dalej atakujemy, przemy do przodu. Nagle usłyszałem głuche dudnienie i warkot motorów, podniosłem głowę do góry i zobaczyłem nad nami ciężkie cielska samolotów. Pomyślałem przez moment, że to samoloty alianckie i za chwilę nastąpi zrzut broni, żywności, odzieży i potrzebnych rzeczy. Lecz radość trwała krótko, gdy samoloty zniżyły się, było widać wyraźnie czarne krzyże na kadłubach. Leciały w kierunku wschodnim na front sowiecko-niemiecki. Baliśmy się, że zaczną nas bombardować, przywarliśmy do ziemi ale samoloty poleciały nad naszymi głowami, my zaś atakowaliśmy dalej. Nasz dowódca – „Szymon” stał i dalej wydawał rozkazy, po chwili pocisk zniszczył laskę, którą trzymał w ręku. Była to jego pamiątka jeszcze z czasów I wojny światowej i Legionów. Po kilku minutach został trafiony odłamkiem w nogę, który uszkodził mu kość. Tak zakończył swoje dowodzenie akcją. Widząc to, pobiegli w jego kierunku z naszego plutonu „Karpina” – Jan Regulski oraz jeden żołnierz z oddziału z Puszczy Nalibockiej. Rannego położono na kocu i wyciągnięto na tyły do punktu opatrunkowego. Opuszczając pole walki „Szymon” przekazał dowództwo porucznikowi „Dolinie”.

W tym czasie ginie na polu walki por. „Helski”, trafiony w głowę gdy biegł z rozkazem do „Doliny”. Również porucznik „Gniew” zostaje trafiony w głowę odłamkiem, ostatnimi siłami, czołgając się wycofuje z pola walki i dociera do punktu opatrunkowego. Punkt opatrunkowy na zapleczu walk mieścił się młodym lasku zwanym „młodzikiem”. Stół opatrunkowy urządzono na dwóch wozach typu wileńskiego z oddziałów Naliboku. Lekarze złożyli pogruchotane kości dowódcy. Porucznikowi „Gniewowi” zrobiono opatrunek, innym rannym zakładano bandaże, robiono niezbędne zastrzyki przeciw tężcowi.

Grób Bernarda Freisleben ps. „Bernard”

Szymona”, „Gniewa” i innych rannych żołnierzy odwożono furmankami do konspiracyjnego szpitala, który mieścił się w Zakładzie dla Ociemniałych w Laskach. Operacje złożenia kości „Szymona” oraz dalsze zabiegi prowadził doktor „ Świerk”. W tym czasie bój o lotnisko trwa nadal, strzelamy z marszu, zarówno z karabinów ręcznych i broni maszynowej, niemiecka piechota, także odpowiada bronią ręczną i maszynową. Od strony Młocin atakujemy budynek gminy, będąc w przekonaniu, że schronili się tam Niemcy, niespodziewanie z piwnicy wychodzi wystraszona kobieta z dzieckiem, okazuje się, że Niemcy opuścili budynek wcześniej. Walki trwają na całej linii jazgoczą „cekaemy” ze strony niemieckiej, od naszej, słychać „Maximy”. Posuwając się do przodu, osiągamy las zwany „Syberia”, wybuchają ręczne granaty, wprawdzie nieprzyjaciel się cofa lecz opór ich nie słabnie. Na prawym skrzydle walczy batalion porucznika „Czarnego” oraz pluton chorążego Bernarda Frajslebena. W tym terenie korzystamy z gęstego poszycia lasu, posuwamy się skokami do przodu, nad naszymi głowami świszczą kule. Chorąży Frajsleben a podchodzi do gęstego jałowca, odgarnia krzak, a z niego wychylają się lufy broni maszynowej, chce jeszcze rzucić granat, ale już nie zdąża, pada na ziemię trafiony, kończy życie rozerwany własnym granatem, na pomoc biegnie porucznik „Czarny” rzuca granat, lecz Niemcy zamaskowani jałowcem kryją się w przygotowanym okopie, milkną, lecz na krótko. Porucznik „Czarny” strzela z „Parabelki”, niezbyt skutecznie, broń wypada mu z ręki, został ranny w brzuch wycofuje się do tyłu, mimo to wskazuje stanowisko Niemców, nasz „cekaem” rozpoczyna skutecznie ogień, mamy przewagę, Niemcy wycofują się w popłochu. Tymczasem przy lotnisku trwają najbardziej zaciekłe walki, Niemcy bronią się w zabudowaniach dworku naszej konspiracyjnej uczestniczki Powstania p. Roeslerowej. W walce bierze udział kompania „Zetesa” porucznika Zygmunta Sokołowskiego i cześć kompanii „Karasia”, nasi strzelają z karabinów ręcznych, wrzucają granaty do zabudowań. Niemcy po wymianie ognia i ataku z naszej strony wycofują się na inne stanowiska. Na prawym odcinku walk, w Dębowym Lesie opodal Placówki, tuż przy lotnisku również trwają zaciekłe walki. Niemiecka artyleria nie może strzelać – zbyt mała odległość. Padają zabici i ranni, po naszej stronie jest ich więcej. W tej walce padł strzelec Zbigniew Trojanowski pseudonim „Lech” nasz żołnierz z Kompanii Młodzieżowej, mieszkaniec Palcówki rozstał się z tym światem niedaleko swego domu. W tym czasie nasz dowództwa „Janusz” biegnąc na czele z rewolwerem, zagrzewa nas do dalszej walki, nadal idziemy do przodu. Niestety, przykryci ogniem broni maszynowej i pociskami z działek ustawionych na dachach domów w Placówce, leżymy na ziemi. Niemcom przybywają posiłki od strony Bemowa i Bielan w postaci piechoty i broni pancernej. Pada śmiertelnie ranny „Janusz” Janusz Langer. Wychodzimy z lasu, znów nacieramy w kierunku lotniska, które widoczne jest już gołym okiem. Bój trwa nadal strzelamy rzadziej, za to Niemcy strzelają coraz wścieklej. Zaczyna brakować amunicji, ze wszystkich stron słychać wołania – „sanitariuszka”! Walka jednak trwa nadal, po chwili słyszymy od strony szosy warkot motorów, okazało się, że do walki wkraczają czołgi „Tygrysy” i z dział kierują ogień w naszą stronę. Kiedy czołgi weszły do akcji, nam trudno nawet podnieść głowę! Chwilę później jeden z „Tygrysów” strzela w kierunku obsługi karabinu maszynowego przydzielonego z oddziału „Góry Doliny”. Ginie cała obsługa:

Pomnik ku czci żołnierzy Grupy Kampinos, poległych w czasie walk o Lotnisko Bielańskie, Młociny

d-ca kompanii „Karaś”, d-ca plutonu „Młot”, z-ca dowódcy plutonowy Chudzik, plutonowy Jan Ofiara (mieszkaniec Łomny), strzelec Karol Gromadka, strzelec Ryszard Królak (mieszkaniec Łomianek), strzelec Feliks Wójcik i strzelec Tadeusz Woźniak.

Ogień dociera również na nasz odcinek, ginie strzelec Henryk Leszczyński z Lasek, ranny zostaje kapral „Wude”, plutonowy „Kaktus”, starszy strzelec Stanisław „Ciark”, mimo rany „Kaktus” pilnuje, aby z pola walki zabrać karabin „Maxim”, którego cała załoga poległa. Karabin ten wyciągają żołnierze Kompanii „Wichra”. Rannym pierwszej pomocy w konspiracyjnym punkcie opatrunkowym udzielają sanitariuszki z Młocin. Na prawym skrzydle batalion porucznika „Dźwiga”, mimo wzmocnienia pierwszej linii całością sił odwodu i osobistego przykładu porucznika „Góry-Doliny” nie może zgnieść pierwszej linii obrony. Niemiecka linia obrony została ledwie skruszona, ale nie zlikwidowana. Po tym, kiedy porucznik „Helski” poległ dowództwo przejął sierżant „Opończa”.

Nagle zostaliśmy zaatakowani przez kilka samolotów nieprzyjacielskich, które lotem koszącym siekły z broni maszynowej. Niestety, nie mieliśmy działek przeciwpancernych, ani broni maszynowej do zwalczania samolotów. Po kilku atakach samoloty odleciały, a my odczuliśmy ulgę. Nasi chłopcy nadal walczą, biją z moździerzy celnie w linie niemieckie. Niemcy zrywają się z miejsc, gdzie wybuchają nasze pociski moździerzowe lecz nie możemy uzyskać przewagi, a bez niej trudno liczyć na sukces. W tym czasie ginie w boju starszy strzelec Mieczysław Dolecki, strzelec Stanisław Wychód-Ochota i Stanisław Piekarski. Porucznik „Góra Dolina” spogląda w lewo, w prawo w tył śledząc pole walki, słychać strzały, trwa zaciekła walka. W tym czasie chorąży „Zbych” z dwoma szwadronami kawalerii na wschodnim skraju Młocin ochrania nasze natarcie. Przeciął szosę Warszawa –Modlin na wysokości Burakowa, na wzniesieniu w sąsiedztwie lasu Młocińskiego i zajął pozycję po drugiej stronie szosy, obok młodego lasu sosnowego. Pozycja ta była dogodna do urządzenia zasadzki na zdążające z Modlina samochody z niemiecką pomocą. Żołnierze zsiedli z koni, ukryli je w lasku i rozsypani w tyralierę, zajęli pozycje czekając na Niemców. Ważono decyzję, czekać czy się wycofać? Po pewnym czasie od strony Łomianek pojawiło się kilka samochodów wiozących piechotę. Kiedy zbliżyły się na odległość ok. 100m, z dwóch stron pobocza szosy zostali zaatakowani. Niemcy zeskoczyli z pojazdów, rozpoczęła się walka, jeden z samochodów staje w ogniu, kilku Niemców ginie, obie strony mają karabiny i broń maszynową. Niestety starcie trwało krótko, za samochodami pojawiły się wozy pancerne. W tej sytuacji nasi chłopcy nie widząc możliwości przełamania niemieckiej obrony, rezygnują z dalszej walki.

Tymczasem, mimo zaciekłej obrony niemieckiej nasze oddziały, nie bacząc na ofiary, dotarły do niemieckich samolotów transportowych, lecz po krótkiej wymianie ognia, musiały się cofnąć. Porucznik „Góra-Dolina” Adolf Pilch w tej sytuacji jako dowódca podjął ostateczną decyzję o wycofaniu. Ponieważ brakowało wsparcia aby od tyłu ubezpieczać walczące oddziały, zaczęliśmy powoli, sekcjami, wycofywanie w kierunku Dąbrowy poprzez zarośla i zagajnik. Niemcy nie przejawiali chęci pościgu, cofaliśmy się więc spokojnie, za to w strugach rzęsistego deszczu. Również nasz batalion dowodzony przez porucznika „Janusza”, choć bez niego, przemieszczał się do tyłu. Niestety, nie mogliśmy zabrać zwłok poległych kolegów ale jak się później okazało, po walce miejscowa ludność na miejscu dokonała pochówków a rodziny zabrały swoich najbliższych. Dodatkowo niespodziewanie od szosy Modlińskiej pojawiły się dwa „Tygrysy” i biły w nas silnym ogniem. W związku z tym walcząc w lesie oddziały przyspieszyły odwrót, wycofując się poza zasięg broni maszynowej. Kierowaliśmy się na wzgórze 103 na Łużach.

W tym czasie ok. godz. 5 -tej, gdy my walczyliśmy o lotnisko, szwadron Kawalerii Nalibockiej „doliniaków” zetknął się z Niemcami na szosie w rejonie Górki Dziekanowskiej opodal Pieńkowa. Kawaleria związała ogniem niemieckie pojazdy, wiozące oddział piechoty na pomoc Niemcom. W czasie tej walki z zasadzki zniszczono kilka samochodów ciężarowych, zabito 26 Niemców, zdobyto 16 karabinów, 3 pistolety maszynowe, starty naszej kawalerii, 1 zabity i 2 rannych. Niemcy byli zupełnie zaskoczeni nie spodziewali się ataku żołnierzy Kawalerii Grupy Kampinos. Po walce nasi cwałem wycofali się do pobliskich lasów Puszczy, gdzie skraj lasu znajdował się ok. 2 km od szosy. Po przybyciu na miejsce koncentracji, o zmierzchu w dniu 2 sierpnia, porucznik „Góra Dolina” wysłał łącznika do dowódcy Grupy Kampinos „Szymona” do Zakładu Ociemniałych meldunek o sytuacji. W natarciu na lotnisko batalion poniósł straty: 7 zabitych, 2 zaginionych, kilkunastu rannych ciężko i lżej. Poległ porucznik „Helski”. Ilość zabitych Niemców nie ustalono, spalono samochód pancerny, zdobyto 3 karabiny, 1 rakietnicę oraz torbę z rakietami. Nastrój w oddziale dobry. Straty porucznika Langera były większe. Poległo 22 zabitych, 30 ciężko rannych, w tym wielu z kadry oficerskiej. My jako młodzi chłopcy uczestnicy 1 dnia powstania w bitwie pod Wólką Węglową i w 2 dniu powstania w bitwie o lotnisko Bielańskie od początku uczestniczyliśmy i mocno odczuliśmy Powstanie Warszawskie. Były to dni bez sukcesów, przyczyną było słabe uzbrojenie oraz olbrzymia przewaga wojsk Niemieckich. Przyszłość Powstania z naszego punktu widzenia była niepewna, ponieważ z naszych konspiracyjnych dowódców został właściwie tylko jeden por. „Zetes”- dowódca II kompanii. Do tej właśnie kompanii zostaliśmy przydzieleni i w jej szeregach walczyliśmy do końca Powstania. Po tych dwóch dniach walki mieliśmy rozdarte serce, zostaliśmy pozbawieni złudzeń, które w nas narastały przez tyle lat. Olbrzymia wola do walki została przytłumiona. Wcześniej na wzgórzu, gdy sprawdziliśmy stan amunicji i okazało się że nasze kieszenie były puste, ogarnął nas wielki smutek i przygnębienie. Jedynym rezultatem naszych walk o lotnisko był fakt,że Niemcy nie korzystali już z niego bo było zbyt zniszczone i nie nadawało się do użytku.

Po pierwszej porażce

Wojciech Pecyński – Polan

Po podsumowaniu drugiego dnia walki dowództwo zdecydowało by żołnierzom kawalerii, głównie z Wileńszczyzny, pod dowództwem por. Adolfa Pilcha „Góry-Doliny” nakazać wymarsz w głąb Puszczy Kampinoskiej do wsi puszczańskich Wiersze, Kiścinne, Krogulec, Brzozówka, zaś żołnierzy pieszych skierować na kwatery do wsi Sieraków. Z nastaniem zmroku, zgodnie z rozkazem oddziały ruszyły w las. Jako mieszkańcy tego terenu, dobrze znający leśne ścieżki, ja i kolega Bronisław Kordek „Pająk” dostaliśmy zadanie poprowadzenia naszych dwu plutonów Kompanii Młodzieżowej do Sierakowa. Późną nocą zajęliśmy kwatery w domach, stodołach i innych zabudowaniach gospodarskich. Naszemu plutonowi przypadła nieoczekiwanie kwatera u siostry Antoniego Zycha a trzeba wiedzieć, że gagatek ów był konfidentem gestapowców z pobliskiego Zaborowa. Zych początkowo związany z konspiracją pewnego razu został aresztowany przez żandarmerię i przewieziony do ich siedziby w zaborowskiej szkole. Zagrożony karą śmierci zdradził organizację i odtąd wiernie służył okupantom. Odziany w charakterystyczny strój współpracownika gestapo jeździł po okolicy w towarzystwie żandarmów, wskazując miejsca ukrytej broni oraz członków konspiracji. Na skutek jego działalności mordowano niekiedy całe rodziny wrzucając ludzi żywcem do podpalanych zabudowań. Do siostry Zycha nie mieliśmy pretensji, nie mniej musiała się nas bardzo bać skoro nazajutrz stwierdziliśmy, iż porzuciła gospodarstwo zabierając dzieci, konia i krowę. Nikt jej jednak nie szukał. Na kwaterze w Sierakowie pododdziały nasze kwaterowały od 3-go do 8-go sierpnia uczestnicząc w niektórych potyczkach jakie miały wówczas miejsce w okolicach Babic, Bożęcina, Hornówka czy na szosie do Leszna. Pamiętam jak chyba ok. 6-go sierpnia nasze plutony Kompanii Młodzieżowej wyprowadzono z Sierakowa na jedną z akcji. Akurat wyszliśmy z lasu na otwartą polanę i w szyku tyraliery posuwaliśmy się w kierunku Bożęcina by o 20-tej rozpocząć atak, gdy niespodziewanie na niebie ukazał się niemiecki samolot zwiadowczy. Zataczając nad nami koła przechylał się na boki chcąc lepiej rozpoznać co dzieje się w terenie. Pomimo łatwego celu otrzymaliśmy zakaz ostrzału samolotu by nie stracić efektu zaskoczenia npla. Tymczasem na linii Bożęcin, Babice, Leszno od pewnego czasu trwały już walki oddziałów por. „Doliny”. O zaskoczeniu jednak nie było mowy i wkraczające do walki na lewym skrzydle oddziały pod dowództwem kpt. Stanisława Nowosada „Dulki” natrafiły na silny ogień niemiecki. W tej sytuacji kpt. „Dulka” daje rozkaz odwrotu. Zdumieni dowódcy nie wierzą własnym uszom! Jak to, dlaczego? Zostawić bez wsparcia walczących „doliniaków”? „Dulka” rozkazu jednak nie zmienia. Jego zdaniem samolot wykrył oddział i przewidział nasze zamiary, w związku z czym Niemcy na pewno dostaną posiłki, nic więc nie wskóramy i tylko stracimy ludzi. Rozzłoszczeni żołnierz wracają na kwatery do Sierakowa nadsłuchując odgłosów toczonej za plecami walki. Istotnie, wkrótce Niemcy wprowadzili do walki czołgi na skutek czego „Dolina” także nakazał odwrót i po sformowaniu kolumn marszowych, oddziały z Puszczy Nalibockiej wróciły do miejscowości, z których przed kilku godzinami wyszły do walki. Tymczasem kpt. „Dulka” po naszym powrocie z rejonu walk zarządził odprawę dowódców podległych sobie oddziałów by wyrazić swój pogląd na obecną sytuację militarną. Jego zdaniem dalsza walka jest bezcelowa, Niemcy w naszym rejonie wciąż mają przygniatającą przewagę w ludziach i uzbrojeniu, lada dzień zostaniemy rozbici i zniszczeni, rodziny Powstańców zostaną wymordowane a wioski spalone. Mimo oporu dowódców, „Dulka” był twardy i nie zmienił swej oceny wydając rozkaz, który omal nie doprowadził do likwidacji Grupy Kampinos. Rozkazał aby powstańcy pochodzący z pobliskich terenów wrócili do domów a ci bez rodzin, zwłaszcza żołnierze z Naliboków ukryli się w Puszczy Kampinoskiej. Była to jawna dezercja kapitana „Dulki”. Pomimo tchórzostwa swego dowódcy, wielu żołnierzy postanowiło walczyć nadal. Decydującą była tu postawa dcy. 1-szej Kompanii por. Zygmunta Sokołowskiego „Zetesa” , do którego między innymi dołączyły dwa nasze plutony pod dowództwem chor. Janusza Warmińskiego „Murzyna” i chor. Wojciecha Pecyńskiego „Polana”. Następstwem nieodpowiedzialnego rozkazu był w naszych dwu plutonach ubytek 50% stanu osobowego. Żołnierze ci różnymi drogami powrócili do swych domów w Łomiankach, Dziekanowie,

Burakowie, Młocinach, Sierakowie i innych okolicznych wsiach. Z ogólnej liczby 900 uczestniczących w Powstaniu żołnierzy z naszego terenu i wokół Sierakowa, około 300 postanowiło wspólnie walczyć nadal.

Na kwaterze

Pomimo uszczuplonych /na skutek rozkazu kpt. „Dulki”/ sił, wola walki jeszcze bardziej scementowała pozostałych partyzantów. Jako miejsce postoju wybrano położoną w głębi Puszczy Kampinoskiej wioskę Wiersze, która prawie na dwa miesiące stała się naszym domem, gdzie miejscowa ludność gościła nas i żywiła dzieląc z nami swe codzienne troski i radości jak w wielkiej rodzinie. Trzeba powiedzieć, że wyżywienie tak licznego zgrupowania partyzanckiego, które wkrótce rozrosło się do ok. 2500 ludzi stanowiło poważny problem. Naszym podstawowym pożywieniem przez ten okres był czarny chleb wypiekany przez tamtejsze gospodynie z żytniej mąki razowej, uzyskanej ze śrutowników napędzanych konnymi kieratami. Dopiero nocny wypad kompanii „Lawy” i szwadronu kawalerzystów por. „Doliny” na majątek Pilaszków, w którym przez zaskoczenie śpiących wartowników niemieckich przejęto ponad 200 krów pędzonych ze wschodniej Polski, oraz zdobycie kilku wozów taborowych z różnym zaopatrzeniem, pozwoliło wzbogacić nasz jadłospis. Jedliśmy więc odtąd codziennie gulasz wołowy a także zupy jarzynowe, owoce, rannym i chorym leżącym na kwaterach, miejscowa ludność, rodziny i okoliczne majątki przynosiły nabiał, mleko oraz inne produkty.

Wkrótce po dotarciu do Wierzy nasze dwa plutony zostały uzupełnione żołnierzami przybyłymi do Puszczy z różnych, innych stron. Między innymi byli wśród nich powstańcy warszawscy przybyli kanałami ze Starówki, z Żoliborza żołnierze „Żywiciela” z kpt. „Serbem”, z Mokotowa kompania por. Tadeusza Gaworskiego „Lawy”, również z Warszawy doborowy oddział 125 żołnierzy pod dowództwem por. Jerzego Strzałkowskiego „Jerzego” zwany „Jerzykami”, z Sochaczewa oddział mjr. Władysława Starzyka „Korwina”, z Legionowa grupa z płk. „Groszem”,jak również szereg innych oddziałów wydostających się z powstańczej Warszawy. Przez Wisłę, na wysokości Kępy Kiełpińskiej przeprawił się oddział legionowsko-chotomowski pod dowództwem por. Bolesława Szymkiewicza „Znicza”, który do Puszczy przyprowadziły dwie nasze bohaterskie łączniczki Apolonia Serzysko „Ziuta” i Jadwiga Gutowska. Nasze plutony zakwaterowane zostały w Wierszach w gospodarstwie Kazimierza Nieporowskiego, innych przybyłych przyjęły sąsiednie wioski jak Kiścinne, Krogulec, Brzozówka, Sowia Wola, Kwaterami były głównie stodoły, strychy domów, zabudowania gospodarskie, wysłane słomą lub sianem, gdzie wypoczywaliśmy nocą po dziennej służbie lub stoczonej potyczce. W „Niepodległej Rzeczpospolitej Kampinoskiej”, jak wkrótce zaczęto nazywać nasz warowny obóz w Puszczy Kampinoskiej, plutony Młodzieżowe włączone zostały do 2-giej kompanii oddziału por. „Zetesa”. Naszym głównym zadaniem było ubezpieczanie obozu od strony Zaborowa. Ja z kolegą Tadeuszem Balcerzakiem „Radwanem”, Zygmuntem Boguckim „Lisem” oraz dwoma doświadczonymi żołnierzami przybyłymi z por. „Doliną” z Puszczy Nalibockiej stanowiliśmy obsługę ciężkiego karabinu maszynowego. Stanowisko nasze znajdowało się w miejscowości Ławy i zlokalizowane było tuż za zagrodą leśniczego z Lasek Adolfa Rogali, który oczywiście współpracował z Grupą Kampinos. Przed nami na pokrytym niskimi sosnami, piaszczystym wzniesieniu w odległości 500-600 m obsadzona była inna placówka także z bronią maszynową. Łączność pomiędzy placówkami w czasie pełnienia naszej służby utrzymywał Tadeusz Balcerzak. Służba na posterunku trwała 24 godz. po czy następował 24-ro godzinny odpoczynek. Celem dokonania zmiany obsługi cekaemu nadjeżdżał kawalerzysta, podawał ustalone na dany dzień hasło n.p. „Kraków”, „Lublin”, „Lwów” i tp. po czym nowa zmiana obejmowała służbę. Tu trzeba dodać, iż mieliśmy dużo wdzięczności dla miejscowej ludności Ław, która sama mając niewiele, żywiła nas podczas owej służby. I tak nadszedł dla mnie tragiczny dzień 18 września 1944 r. Przebywałem akurat po służbie na kwaterze, gdy po południu przeszedł jeden z „doliniaków” ze smutną wiadomością – mój starszy brat Izydor Regulski „Jastrząb” wraz z kolegą sierżantem „Walką” polegli na placówce w miejscowości Pociecha. Brat w latach 1936-38 jako poborowy pełnił służbę w Batalionie Reflektorów Przeciwlotniczych w Nowym Dworze Maz., następnie brał udział w wojnie obronnej 1939r. jako miner. Podczas inwazji sowieckiej dostał się nad Bugiem do niewoli, lecz dzięki pomocy mieszkańców tamtejszych terenów zdołał uciec ruskim i w cywilnym przebraniu wrócił w październiku do domu. Od początku okupacji brał czynny udział w konspiracji, a w sierpniu 1944r. znalazł się oczywiście w szeregach żołnierzy Grupy Kampinos. Pamiętam jego zaskoczenie, gdy w pierwszych dniach powstania zobaczył mnie w lesie nie wiedząc wcześniej nic o mojej konspiracji. Jako starszy, nie szczędził mi rad jak postępować podczas walki by wykonać zadanie i samemu nie oberwać. Owego feralnego dnia brat z „Walką” zakładali miny na przedpolu placówki pod Pociechą. W pewnym momencie od strony Palmir pojawiły się wozy pancerne, rozgorzała walka, w której niestety obaj polegli. Na tę wiadomość szybko pobiegłem pięć domów dalej do gospodarstwa pana Paczkowskiego, w którym kwaterował Izydor i tam zobaczyłem zmasakrowane zwłoki swojego brata. Na drugi dzień odbył się pogrzeb obu poległych. Kondukt pogrzebowy z dwoma kapelanami Grupy Kampinos na czele, w asyście plutonu powstańców, dowództwem i kolegami wyruszył w kierunku partyzanckiego cmentarza. Było to niewielkie wzniesienie obok cmentarza cywilnego na skraju Wierszy, porośnięte częściowo młodymi sosnami, gdzie świeże mogiły świadczyły o częstych ceremoniach pogrzebowych. Ostatnią posługę religijną odprawił ks. Jerzy Baszkiewicz „Radwan II”, późniejszy sekretarz Kurii Warszawskiej za czasów ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz przybyły do lasu kanałami ze Starówki ks. Wacław Karłowicz „Andrzej Bobola”. Krótkie pożegnanie i dwie drewniane trumny spoczęły w wierszańskiej ziemi. Mimo straty jedynego brata nie załamałem się postanawiając walczyć nadal z okupantem.

Rzeczpospolita Kampinoska

Jerzy Regulski przed dawną kwaterą

Cmentarz w Wierszach

Pomimo trwającej wojny i okupacji kraju, przez prawie dwa miesiące mieliśmy szczęście żyć w puszczańskiej enklawie wolnej Polski, którą nazywaliśmy Niepodległą Rzeczpospolitą Kampinoską. Niezależnie od toczonych wokół walk, staraliśmy się by w naszym warownym obozie dni płynęły nam w miarę normalnie. Gdy przychodziła niedziela, zawsze o godz. 10-tej oddziały przebywające aktualnie na kwaterach stawały w szyku zwartym na placu alarmowym aby uczestniczyć we Mszy św. celebrowanej przez któregoś z naszych kapelanów. Trzeba wyjaśnić, że Wiersze nie miały wówczas swego kościoła więc mieszkańcy puszczańskich wsi musieli pokonywać daleką drogę do kościołów w Lesznie, Leoncinie lub Kazuniu Polskim. Dopiero po zakończeniu wojny, na wspomnianym placu alarmowym w 1957r. zbudowano kościół i erygowano ku zadowoleniu ludności okolicznych wsi, osobną parafię pod wezwaniem Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny. Istnienie w Puszczy silnego zgrupowania partyzanckiego poważnie utrudniało Niemcom komunikację w tym rejonie, zwłaszcza zamykając drogę z Modlina przez Leszno do szosy poznańskiej co wymagało kierowania transportów okrężną drogą przez Warszawę. Prowadziło to do ciągłych potyczek z wrogiem usiłującym udrożnić szlaki i pojawiającym się w coraz to innych miejscach. Tymczasem nieugięta Warszawa walczyła nadal. Codziennie spoglądaliśmy z niepokojem na widoczne na niebie kłęby dymu, krążące nad miastem samoloty i dochodzące z oddala wybuch bomb i pocisków ciężkiej artylerii. Po 10-tym sierpnia na śródleśnych polanach w rejonie Sierakowa, nasi piloci z Włoch i Anglii zaczęli dokonywać nocami zrzutów broni, amunicji, żywności i lekarstw. Szczególnie radowała nas broń, wśród której była broń ręczna, maszynowa, granaty, broń przeciwpancerna /Piaty/, miny przeciwpiechotne i przeciwczołgowe i tp., niezwykle potrzebne wobec konieczności ciągłego odpierania działań zaczepnych ze strony Niemców i Ukraińców. Nocny wypad partyzantów pod dowództwem „Doliny” rozbija doszczętnie w Truskawiu 6 kompanii /2 bataliony/ oddziałów RONA, przybyłych tu po wymordowaniu mieszkańców Woli. Zdobyto wówczas 2 działa, trzecie rozbito, zdobyto sporo broni, amunicji i żywności. Niestety po tak udanej akcji Niemcy mordują mieszkańców Truskawia i palą wieś. Decyzją dowództwa większość zrzutowej broni i amunicji przenosimy dwukrotnie przez pozycje niemieckie i węgierskie /Węgrzy ułatwiali nam przejście !/ z Puszczy na Żoliborz. Tam też w walkach o Dworzec Gdański poległo ponad 500 partyzantów z Grupy Kampinos. W okresie naszego pobytu w Puszczy, poza działaniami obronnymi, cały czas miały miejsce dzienne i nocne wypady na oddziały i kolumny wojsk niemieckich i RONA. Dawały nam one wiele zdobyczy jak działa artyleryjskie i przeciwlotnicze, rozmaitą broń a także samochody, motocykle i jeńców Wehrmachtu. Zbliża się koniec września, nad Warszawą ciągle morze ognia i dymu. Na froncie niemiecko-rosyjskim cisza. Niekiedy na tle pożarów i dymu widać z rzadka przelatujący samolot. Nastaje jesień, Powstanie zbliża się ku upadkowi, brak wody, żywności, broni, jesteśmy na równi z Powstańcami skazani na zagładę. W tym czasie Niemcy oceniając nasze siły na 20000 żołnierzy, zaczynają przenosić swe siły bojowe w kierunku Puszczy Kampinoskiej by zdławić wolną od wroga enklawę, która przez dwa miesiące dawała odciążenie walczącej Warszawie. Nadchodzi dzień 27 września. Po rozpoznaniu lotniczym naszych pozycji, od godzin popołudniowych do zmroku eskadra samolotów bojowych JU 87 /Sztukasów/ lecąc na niskiej wysokości bombarduje i ostrzeliwuje nas, nasze kwatery w Wierszach i wsie na kierunku Krogulec, Truskawka, Brzozówka, Ławy, Kiścinne. Bomba trafia w murowany budynek pana Kowalskiego w Wierszach niszcząc naszą radiostację, która przez 2 miesiące utrzymywała łączność z Dowództwem i Polskim Rządem w Londynie. Podczas tego kilkugodzinnego piekła ratowały nas tylko rowy melioracyjne obsadzone z obu stron kilkuletnimi olchami. O zmierzchu dowództwo podjęło decyzję wymarszu w Góry Świętokrzyskie. Każdy z nas otrzymał skromny suchy prowiant w postaci zrzutowych konserw i wołowej kiełbasy z krów zdobytych w Pilaszkowie. Następuje koncentracja wszystkich oddziałów, formuje się również kolumna 150-ciu wozów konnych z prowiantem .amunicją i rannymi. Z przodu ubezpieczenie marszowe, kawaleryjski zwiad. Wyruszamy w kierunku południowym po chwili zmieniamy na zachodni, Przechodzimy przez Łubieniec, Kępiaste, Grabinę, nad ranem zmęczeni nocnym marszem docieramy do lasu koło Zamczyska-Bielin. Tam, na leśnym mchu śpimy i odpoczywamy cały dzień. Pod wieczór przygotowanie do dalszego marszu w kierunku upragnionych Gór Świętokrzyskich aby włączyć się do dalszej walki z najeźdźcą w składzie partyzanckiej Brygady Świętokrzyskiej. Padają słowa dowódcy Grupy mjr. Alfonsa Kotowskiego „Okonia” – „będziemy przebijać się przez bataliony wojsk niemieckich walcząc na śmierć i życie, o powrocie do Puszczy nie ma mowy, kto słaby niech zostaje i wraca do domu. Zostaje oddział sochaczewski mjr. „Korwina” i kilkunastu miejscowych powstańców, jednak walczący przy nas, zbiegli z obozów jeńcy radzieccy, wbrew zaleceniom „Okonia” poszli dalej z nami.

Wyruszamy o zmroku 28-go września. Na czele kolumny nasi motocykliści w niemieckich mundurach obok jeńcy z Wehrmachtu, zwiadowcy, za nimi kompania por. „Lawy” także w niemieckich panterkach, dalej Kompania Młodzieżowa por „Zetesa”, nasze dwa plutony pod dowództwem plut. Janusza Warmińskiego „Murzyna” i Wojciech Pecyńskiego „Polana” a za nami pozostałe oddziały. Kolumnę zamykał szpital polowy na wozach i ubezpieczenie tylne w postaci kawalerii i saperów.

Tu kończą się wojenne wspomnienia autora, który złożony chorobą zmarł 5.04.2010 r. i został pochowany na cmentarzu w Kiełpinie.

Opracował Kazimierz Medyński, publikacja w „Nasze Łomianki” nr.39 – 51 2004 r.