St. Baran z Kombatantami przed kościołem św. Stanisława w Warszawie

Wojenne wspomnienia Stanisława Barana „Wacława” dowódcy zwiadu konnego Grupy Kampinos

Godzina 7 rano miejscowość Wiersze. Otrzymuję rozkaz od dowódcy batalionu por. „Strzały” następującej treści: „Wachmistrz „Wacław” z trzema sekcjami zwiadu konnego uda się przez Truskaw, Janówek, Koliczki, Dobryń, Małocice, Sowią Wolę i Cybulice do Kiściennego na przedpole oddziałów niemieckich. Powrót ma nastąpić przez Górki. Należy zachować szczególną ostrożność. Hasłem na dziś jest „Kraków” a odzewem „Korwin”. Nie wdawać się w żadną akcję zaczepną przy spotkaniu z Niemcami tylko obserwować, meldować i czekać dalszych rozkazów”.
Zarządzam krótką odprawę sekcyjnych: I Sekcja kpr. Żydowicz, II Sekcja „Stary” Jan Sachajdykiewicz, III Sekcja RKM-y „Wielki” i „Mioduszewski”. Do rozpoznania wyznaczam szperaczy I Sekcji ze starym wygą kapralem Żydowiczem, a do ubezpieczenia bocznego st. z

Dąbrowa Leśna, uroczystości przy pomniku St. Baran, Ł. Sokołowski, J. Grądzki

wiadowcę Downara. Sprawdziłem stan amunicji: załadowane były po trzy dyski na RKM, amunicyjni mieli po dwieście sztuk, było sześć pistoletów maszynowych „Stenów” oraz sześć ruskich „pepesz” bębenkowych. Zapoznałem zwiadowców z zadaniem i zabroniłem otwierania ognia bez rozkazu. Jedynym wyjątkiem mogłoby być zaskoczenie nas przez Niemców.
Ruszany. Mijamy nasze ostatnie placówki w Truskawiu. Chwilę rozmawiam z dowódcą placówki, na przedpolu spokój. Żegnając nas dowódca życzy mi powodzenia i odprowadza do ostatniej czujki. Szperacze Żydowicza osiągnęli Janówek. Dają nam znak, że droga wolna.To samo Kalinki. Docieramy do miejscowości Dobrzyń. Zarządzam krótki odpoczynek. Na ubezpieczenie RKM-em wyznaczam starszego zwiadowcę Downara. Osobiście ustawiłem RKM w malinowych krzakach, w zagrodzie Jana Połcia – sołtysa Dobrzynia. Koniowodzi w międzyczasie odprowadzili konie do zabudowania gospodarskiego. Zaleźliśmy się więc w samym środku wsi Dobrzyń. Ubezpieczony od strony szosy modlińskiej RKM-em z obsługą, udałem się na posiłek do znanego mi osobiście sołtysa Połcia.
Nie upłynęło 10 minut gdy do izby wpadł zdyszany obserwator Zygmunt Sachajdykiewicz z meldunkiem, że od strony szosy modlińskiej widać tumany kurzu.
Co robić? Zarządzam alarm bojowy. Poleciłem wycofać się z RKM-em poza drogę łączącą Dobrzyń z Małocicami. Drugi RKM „Wielkiego” ma zająć stanowisko ogniowe w warzywniaku, na skraju wsi Łosia Wólka. Miało to zabezpieczyć ewentualne nasze wycofywanie się na wypadek bitwy. Reszta spieszona zajęła stanowiska z ostrzałem na drogę polną Kaliszki – Dobrzyń – Małocice.
Pamiętając o rozkazie, aby nie wdawać się w niepotrzebne bitwy – zająłem stanowisko przy RKM-ie Downara i przy pomocy lornetki obserwowałem teren. Co dalej? Cała ta akcja trwała około 10 minut. Z kurzu wyłoniła się obca szpica konna i galopem podjechała na skraj wsi, do miejsca które niedawno opuścił nasz RKM. Wjechano do zagrody sołtysa Połcia, z której wszyscy w porą zdołaliśmy się wycofać. Naradzano się chwilę, po czym jeden z jeźdźców powrócił do maszerującej kolumny. Szpica konna skręciła w kierunku Małocic. Ja z bijącym sercem czekam na dalszy rozwój wypadków. Za szpicą do Dobrzynia i Małocic przybyła reszta kawalerii, jak się potem okazało – także ukraińskiej i skręciła na drogą do Małocic. Za nią dwie kompanie piechoty, sześć działek ppanc., kuchnia, tabor.
Wszystko to maszerowało przed lufą naszego RKM~u w odległości około 200 metrów. Oj, swędziały rączki RK-emistę Downara, chciał strzelać, „Panie wachmistrzu co za wspaniała okazja” – szepce do mnie. „Niestety” – odpowiedziałem, wyraźny rozkaz nie pozwalał otwierać ognia. 0 zaistniałej sytuacji trzeba zawiadomić sztab w Wierszach. Piszę meldunek i wysyłam z nim swojego zastępcą kaprala Wasilewskiego. Galopem udał się na Wiersze z tym, że wrócić miał jak najszybciej ale już do wsi Sowia Wola, gdzie – według moich jak przewidywań będziemy musieli zająć stanowisko obserwacyjne.
Po przemarszu oddziałów niemieckich i ukraińskich ściągnąłem ubezpieczenie i przez mokradła Łosiej Wólki i Adamówek skierowałem się ku wsi Baranówka.
Muszę wyjaśnić, że okolice te znałem bardzo dobrze, gdyż od 1937 roku pełniłem służbę jako podoficer Składnicy Uzbrojenia Nr 2 w Palmirach. Znana mi tu była niemal każda dróżka, niemal każdy kamień. Znałem także mnóstwo tamtejszych mieszkańców, gdyż nieraz ćwiczyłem załogę magazynu na tamtych terenach
Gdy dojeżdżaliśmy do wsi Baranówka, omal nie doszło do walki z własną placówką. Dowodzący nią znany mi osobiście z kompanii piechoty porucznika „Zetesa”
Zygmunta Sokołowskiego, kapral Władysław Bulaszewski „Sokół” wziął nas za Ukraińców i z RKM-u otworzył do nas ogień. Na nasze znaki czapkami, przerwał ogień i wszystko skończyło się na strachu. Udałem się galopem przez Baranówek na skraj wsi Sowia Wola, gdzie zająłem punkt obserwacyjny na ostatniej stodole od strony Małocic. Małocice to wieś bardzo długa. Jak dowiedziałem się od zbiegłych mieszkańców tej wsi, Niemcy po jej zajęciu obiadowali, a ubezpieczeni byli od strony Brzozówki. W międzyczasie dotarł do nas kapral Wasilewski z rozkazem, abym obserwował tylko Niemców, nie wdając się w bitwę i stanął na okraju wsi Brzozówka gdzie dołączy do mnie reszta mego plutonu oraz nadejdą posiłki. Tak też zrobiłem.
Widząc przez lornetkę oddziały niemieckie wychodzące z Małocic w kierunku Brzozówki, zająłem zgodnie z rozkazem stanowiska obronna na styku Brzozówki i Aleksandrowa, zaś koniowodzi z końmi naszego patrolu wycofali się do Wierszy. W międzyczasie wysłałem starszego zwiadowcę Sachajdykiewicza dla nawiązania kontaktu z placówką kaprala Bulaszewskiego. Jakież było moje zdumienie, a nawet przerażenie gdy wysłany zwiadowca jadąc galopem, wjechał w san środek ukraińskiej szpicy, wpadając z zakrętu na ubezpieczenie ukraińskie. Szpica, w pierwszej chwili zdezorientowana, zaczęła strzelać ale Sachajdykiewicza uratowały go porastające przydroża z Baranówki do Wierszy olszynki, w których się ukrył, Zorientowałem się, że kapral Bulaszewski wycofał się z placówki i moim obowiązkiem jest ubezpieczenie drogi, tak zwanej Krzyżówki, bo gdyby nieprzyjaciel ją obsadzi, to droga do Wierszy stanie dla nich otworem. Podejmuję szybko decyzję i wycofujemy się z zachodniego skraju Brzozówki i rowem po obu stronach drogi idziemy w kierunku opuszczonej przez naszą placówkę Krzyżówki. Około 100 m. od Krzyżówki zostaliśmy przygwożdżeni ogniem broni maszynowej i zasypani gałęziami i liśćmi ze spadających pod. obstrzałem olszyn. Czołgając się ujrzeliśmy na podwórku zabudowania na wprost drogi z Brzozówki do Wierszy ukraiński CKM, wycelowany w kierunku drogi na Wiersze. Przy nim była obsługa. Wskazałem ten cel RKM-owi. „Wielkiego”, który wyczołgał się rowami za mną w odległości około 120 m. Dwie długie serie naszego RKM-mu, posłane z boku zrobiły swoje. Obsługa pozostawiła swój CKM i zbiegła w kierunku drogi do Małocic. Podczołgaliśmy się dalej i czekaliśmy na dalszy rozwój akcji. Mieliśmy z odległości 100 -120 m obserwację na drogę do Wierszy i w każdej chwili mogliśmy ostrzelać z tej odległości każdy cel.
Po paru minutach na drodze od Aleksandrowa ujrzeliśmy idącego w naszym kierunku na czele oddziału por. „Dolinę”, Pozwoliło mi to stwierdzić, że na dzięki naszemu meldunkowi przekazanego dowództwu Grupy Kampinos- zaalarmowało ono nasze oddziały i postawiło je w stan pogotowia – przygotowując przeciwuderzenie. I tak dwa szwadrony kawalerii mają uderzyć na nacierających nieprzyjaciół od strony Cybulic a batalion piechoty por, „Strzały” – od Janówka, reszta rozwija natarcie za idącym por. „Doliną”. Należało poczekać, aż kawaleria uderzy od strony Cybulic i wtedy dopiero rozpocząć atak środkiem przez Brzozówkę. Tak też było.
Gdy usłyszeliśmy kanonadę rozpoczynającą akcję przez spieszone szwadrony z Cybulic, por, „Dolina” dał rozkaz de ataku. Szliśmy w spieszonej linii, por. „Dolina” wraz z kilkunastoma spieszonymi kawalerzystami. Dróżkami obrosłymi przez olszyny i brzózki idziemy na prawo od porucznika, nagle pada rozkaz- padnij. Padamy. W tej samej sekundzie z lewej strony, z zabudowań, dostajemy serię z KM. Jedna, druga, trzecia, porucznik rzuca granatem, ucisza KM. Okrążyliśmy zabudowania i cóż się okazało? Otóż w zabudowaniach rolnika Kowalskiego znajdowało się ubezpieczenie koni z plutonu kawalerii ukraińskiej wraz z koniowodami, którzy po ostrzelaniu nas z KM- u uciekli pozostawiając konie oraz KM,
Porucznik „Dolina” nie pozwala nam zbliżyć się do zdobycznych koni lecz rozkazuje ścigać pierzchających nieprzyjaciół. Za nami w drugim rzucie idzie spieszony II pluton zwiadu i on miał zabezpieczyć zdobycz. Szkoda mi było zostawić zdobyte konie tym bardziej, że były one z całym ekwipunkiem. Wszak dla partyzanta koń, siodło i pistolet maszynowy to wspaniała zdobycz! Poszliśmy ku przodowi, aż dotarliśmy do naszych oddziałów, atakujących od strony Janówka. Nieprzyjaciel wycofał się w popłochu, pozostawiając sprzęt, kuchnię połową i 28 koni, które zabrał postępujący za nami drugi pluton zwiadu konnego podchorążego wachmistrza „Groma”.
Po zakończeniu akcji, porucznik „Dolina” podziękował mi osobiście za sprawną i bardzo skuteczną akcję w rozpoznaniu sił nieprzyjaciela i za utrzymanie z dowództwem stałego kontaktu. Po powrocie do kwatery zostałem owacyjnie powitany przez pozostałych moich zwiadowców i poczęstowany manierką zdobycznej wysoko gatunkowej wódki, którą znaleźliśmy w sakwach siodeł zdobytych wraz z końmi przez II pluton w Brzozówce. Następnego dnia wezwał mnie por. „Dolina” do Kwatery Dowództwa i w nagrodę za udział w akcji pozwolono mi wybrać sobie konia jako łup, przypadający na mój pluton, Wybrałem sobie klacz, lecz siodło za namową mojego stałego koniowoda, zwiadowcy Stanisława Romanowskiego, zamieniłem z innego spośród zdobytych koni. Klacz ta i siodło służyło mi przez cały czas dalszych akcji zwiadowczych w Puszczy .aż do chwili gdy zginęła od pocisków padających z pociągu pancernego podczas bitwy pod Budami Zosinymi. W rozkazie „Grupy Kampinos” wyróżniono I Pluton Zwiadu Konnego za dobrze spełniony obowiązek żołnierski. „Baśka” – bo tak nazwałem klacz, jak się później okazało, została zabrana przez Niemców ze stadniny B, Bersona w Lesznie. Była klaczą półkrwi i miała niezwykłą szybkość, dlatego jadąc na czele oddziału, musiałem ją wciąż trzymać na wodzy. Do dziś wspominam z żalem tę wspaniałą klacz zdobytą w bitwie o Brzozówkę i jej stratę pod Budami Zosinymi.

Na podstawie materiałów udostępnionych przez Córkę Stanisława Barana Panią Zofię opracował
Kazimierz Medyński