Dworek Makólskich przy Racławickiej, stan obecny

Wojciech Makólski ps. „Jeż” fot. 1945 (?)

„Nadszedł 1 września 1939 r. Szykowaliśmy się do szkoły, gdy nagle usłyszeliśmy warkot samolotów a w Warszawie i okolicy zaczęły wyć syreny ogłaszające alarm lotniczy. Wyskoczyliśmy z Jędrkiem z domu. Po niebie sunęły samoloty, miedzy którymi wybuchały obłoczki pocisków z zenitówek. Ogarnęło nas wielkie podniecenie, wojna! A więc za kilka dni na pewno będziemy w Berlinie. Wszak marszałek Śmigły Rydz zapowiedział, że nie oddamy nawet guzika, a wojsko śpiewało „nikt nam nie zrobi nic, nikt nam nie weźmie nic, bo z nami Śmigły, Śmigły, Śmigły Rydz” zaś z murów kamienic wołały plakaty „SILNI, ZWARCI, GOTOWI”! Obok mnie upadł odłamek pocisku z zenitówki, chciałem go podnieść ale był tak gorący, że cofnąłem rękę. Rodzice postanowili, że nie pojedziemy do szkoły, tylko ojciec pojedzie do Ministerstwa. Wracając do domu kupił radio „Telefunken” i przez najbliższe dni słuchaliśmy komunikatów z frontu. Były one z każdym dniem bardziej ponure, zaś większość audycji przerywały dziwne, zakodowane komunikaty: „Uwaga, uwaga nadchodzi KOMA 3” a następnie „Uwaga, uwaga, przeszedł KOMA 3” Na naszej szosie do Warszawy pojawiało się coraz więcej uchodźców z północnej i zachodniej Polski. 5-go września ojciec wcześniej wrócił z pracy gdyż powiadomiono pracowników, że Ministerstwo zostaje ewakuowane do Puław. Ponieważ ojciec zdecydował się jechać z Ministerstwem, matka stwierdziła, że jedziemy całą rodziną. Zrobiono niezbędne zakupy, załadowano nasz wóz na gumowych kołach i ruszyliśmy do Warszawy. Tym czasem Ministerstwo już się wyniosło. Zajechaliśmy więc do dziadków Tokarskich, z prośbą by na czas naszej nieobecności zamieszkali w Łomiankach i poprzez pełną wojska Warszawę, po moście Poniatowskiego, wjechaliśmy na trakt lubelski. Nad ranem znaleźliśmy się w okolicach Kołbieli i dla osłony przed nalotami stanęliśmy w krzakach obok szosy, postanawiając jechać nocami. Tu dosiedli się do nas znajomi i dalszą drogę odbywaliśmy w dziewięć osób. Minęliśmy Garwolin i Ryki lecz przed Puławami zatrzymało nas wojsko z powodu bombardowania miasta. Po nalocie wjechaliśmy na jedną z głównych ulic Puław. Mijaliśmy zburzone i płonące domy, po ulicach biegali półprzytomni, często zakrwawieni ludzie, ze zrujnowanych domów wynoszono rannych i zabitych. Było to moje pierwsze zetknięcie z okropnościami wojny, o której wiedzieliśmy ze szkoły – „Jak to na wojence ładnie kiedy ułan z konia spadnie” i nic więcej. Ludzie w jednej chwili pozbawieni zostali swoich bliskich i całego mienia. Do naszego wozu podbiegła jakaś obłąkana kobieta wołając – „ludzie nie jedźcie tam, tam śmierć i piekło”. Wreszcie dojechaliśmy do pałacu lecz tam okazało się, że Ministerstwo wyjechało rano do Lublina. Stacjonujący tam oficerowie dali nam trochę sucharów, sprasowanej kawy z cukrem i poradzili zatrzymać się poza Puławami ze względu na ciągłe naloty. Noc spędziliśmy na kościelnym cmentarzu w Końskowoli. Następnego dnia dojechaliśmy do Lublina by dowiedzieć się, że Ministerstwo wyjechało już do Hrubieszowa. Ruszyliśmy za nim. Główne drogi zapchane uciekinierami, wobec czego, mimo nadkładania drogi, szybciej i bezpieczniej było jechać bocznymi drogami, tym bardziej że kilkakrotnie widzieliśmy jak sztukasy bombardowały i ostrzeliwały z broni pokładowej kolumny cywili. Coraz trudniej było kupić cokolwiek do jedzenia, zarówno dla nas jak dla konia. W majątkach nie chciano nic sprzedać, natomiast u chłopów było łatwiej i to im gospodarz był biedniejszy. Kłopoty były również z wodą. Większość studni w pobliżu głównych traktów była wyczerpana więc najpierw pojony był koń a my dostawaliśmy po kubku do umycia zębów a następnie twarzy. Minęliśmy Piaski Luterskie i Krasnystaw, w Hrubieszowie również nie zastaliśmy Ministerstwa, to samo w Łucku. Podobno zostało ewakuowane do Równego. W Łucku most na Stryju uszkodziły dwie bomby, które nie wybuchły lecz przebiły go na wylot. Ruchem kierowało wojsko wpuszczając tylko po jednej furmance więc przeprawa trwała długo Po dwu godzinach wyjechaliśmy z Łucka i w połowie drogi do Równego, koło wsi Otyla zatrzymaliśmy się pod kępą drzew. Był to 17 września 1939 r. Nagle na drodze zderzyły się dwie ludzkie fale, jedna potężna, prąca na wschód z drugą, początkowo nikłą ale potężniejącą z każdą chwilą, na zachód. Początkowo nikt nie mówił dlaczego zawrócili, wreszcie ktoś ojcu powiedział, że granicę Polski przekroczyli bolszewicy. Natychmiast i my wyruszyliśmy w drogę powrotną. Około 17-tej znaleźliśmy się znów w Łucku. Na ulicy prowadzącej do mostu wozy nie tylko zajmowały całą jezdnię ale i obydwa chodniki. Minęła noc, dochodziła 6-ta – pora niemieckich nalotów, a my staliśmy w tym gigantycznym korku posuwając się do przodu w żółwim tempie. Wszyscy nadsłuchiwali czy nie słychać warkotu samolotów, lecz tym razem nie nadleciały. Wówczas nie wiedzieliśmy, że zgodnie z niemiecko-radziecką umową tereny zajmowane przez bolszewików nie były przez Niemców bombardowane. Strach pomyśleć, co by się stało gdyby w ten tłum ludzi, koni i wozów spadła choć jedna bomba. Minął dzień, następna noc i dopiero nad ranem udało się nam przejechać przez ten most. W jakiejś wiosce po drodze, niespodziewanie zatrzymali nas właściciele schludnego

Zofia Makólska, ps. „Lula”, matka Jerzego

gospodarstwa zapraszając na poczęstunek i nocleg. Weszliśmy do chałupy, a tam dwa łóżka nakryte świeżą, lnianą pościelą, na stole z białym obrusem bochen chleba, garnek smalcu i dzban mleka. Oto szczera, słowiańska gościnność więc wóz do wozowni a my po posiłku do łóżek. Nim zasnęliśmy, w zapadającym zmroku dostrzegliśmy sylwetki przejeżdżającego patrolu bolszewickiej kawalerii, trudno, będzie co ma być! Nazajutrz, okazało się ,że nasi mili gospodarze doszczętnie nas okradli a czterej chłopi wyprowadziwszy nasz pusty wóz, wymachując siekierami kazało nam natychmiast odjechać, co skwapliwie uczyniliśmy. Droga stawał się coraz bardziej ponura, nikt nie chciał już niczego sprzedawać więc kradło się wszystko co napotykano na mijanych polach. Coraz częściej spotykaliśmy żołnierzy palących dokumenty i sztandary. Przejeżdżaliśmy przez spalone lasy, obok świeżo usypanych mogił, rozbitego sprzętu wojskowego, padłych, rozkładających się koni. Wokół czuć było spaleniznę i fetor padliny. Przejeżdżając przez miasteczka widziało się ludność żydowską z czerwonymi kwiatami lub kokardami w klapach ubrań, dekorującą swoje domy czerwonymi sztandarami. Ponieważ nie było wiadomo czyje wojska zajmą daną miejscowość, zależnie od pogłosek, dekoracje zmieniano kilka razy dziennie. Po drodze widziało się coraz liczniejsze pożary wsi. Polskie wsie palili Ukraińcy, w odwecie Polacy palili wsie ukraińskie. Wozy ciągnęły się kilometrami zajmując szerokość całej drogi. Między nimi biegały oszalałe z rozpaczy kobiety szukające swoich dzieci. Matka niosąca na ręku dziecko kładła je na wozie i szła obok niego, nagle wozy przyspieszały i kobieta zostawała w tyle. Odnalezienie wozu, na którym pozostawiła dziecko, wśród setek innych wozów, graniczyło z cudem. Coraz częściej kolumna wozów zatrzymywała się i padała komenda – „Kobiety i dzieci chować się pod wozy, mężczyźni z bronią szykować się do obrony!”. Były to napady Ukraińców. Po krótkiej strzelaninie z przydrożnych zarośli wyskakiwały uciekające Ukrainki z korkami przygotowanymi na zrabowane rzeczy, a kolumna wozów ruszała w dalszą drogę. Nie zapomnę noclegu gdzieś pod Krasnymstawem gdy nad wielkim stawem ustawiono wozy w czworobok a na zewnątrz rozpalono ogniska oświetlające przedpole. Mężczyźni z bronią pełnili przy nich straż, zaś wewnątrz nocowali pozostali pasażerowie wozów. Tak wyobrażałem sobie obozowisko z „ Ogniem i mieczem” Sienkiewicza. W Piaskach Luterskich dogonili nas bolszewicy. Armia sowiecka robiła ponure wrażenie. Żołnierze brudni, źle odziani, często z karabinami zawieszonymi na sznurkach, biegali po nielicznych otwartych sklepach i rabowali wszystko co się dało. W aptekach „kupowali” masowo kanki do lewatywy i zachwycali się jacy ci Polacy są mądrzy – jak chcą palić, to kranik otwierają a jak nie chcą, zamykają. Ze sklepów metalowych wynosili pułapki na szczury, biorąc je za zabawki. Nastawiali je i uderzali palcem w deseczkę przeznaczoną na przynętę. Zabawa polegała na tym, czy zdąży zabrać palec, czy też pułapka go przytrzaśnie. Masowo kradli zegarki. Widziałem na własne oczy oficera, który na obydwu rękach od nadgarstków po łokcie miał przyczepione zegarki. W Piaskach Luterskich byliśmy przez dwie doby. Trzeciego dnia ktoś wskazał ojcu drogę nie pilnowaną przez rosyjskie wojsko, którą można było dojechać do zajętego już przez Niemców Lublina. Po drodze spotkaliśmy pierwszy niemiecki patrol. Wymuskani żołnierze stanowili wielki kontrast do dziadowskich krasnoarmistów. Minęliśmy Lublin bez zatrzymania i przez Kurów, zbombardowane Ryki dojechaliśmy do Garwolina. Tu był nasz ostatni postój przed Warszawą. Gdy dojechaliśmy do Łomianek, w Łukaszówku zastaliśmy oprócz rodziny i kilku znajomych, babkę Prejsową z jej synem Jerzym Waldorfem. Opowiadaniom o przejściach nie było końca. Jerzy opowiedział jak jego pułk szarżował z szablami w ręku na niemieckie czołgi. Była to wymyślona prze niego historia, gdyż żadna jednostka kawalerii nie szarżowała nigdy na czołgi. Wielokrotnie kawalerzyści walczyli z czołgami, ale jako jednostki spieszone. Niestety, opowieść ta rozeszła się po całej Polsce i służyła nie tylko w kraju ale i za granicą, jako przykład głupoty Polaków.

Na podstawie wspomnień Wojciecha Makólskiego opracował Kazimierz Medyński