Wojenne wspomnienia Stanisława Barana „Wacława” dowódcy zwiadu konnego Grupy Kampinos

Na początku lutego 1943 r. do wsi Buraków gm, Młociny przybył do sołtysa jakiś obcy człowiek. Sołtys Jan Laskowski ps. „Sołtys” był członkiem naszej organizacji AK a konkretnie w moim 1 plutonie II kompanii por. Zbigniewa Luśniaka „Gniewa”. Okazało się, że obcy był policjantem, który należał do grupy zwalczającej nielegalny handel, przemyt, szmugiel itp. gdyż taką okazał legitymację. Po krótkiej rozmowie z sołtysem zaczął wypytywać kto czym się zajmuje. Miał przy sobie wykaz z wieloma nazwiskami mieszkańców z Burakowa, Prochowni, Dąbrowy i Łomianek.

Sołtysa zaintrygowało to, że na tej liście znajdują się akurat nazwiska członków naszej organizacji. Podejrzany osobnik wymienił kilka nazwisk i bardzo był ciekawy czym ci ludzie się zajmują, ich wiek i miejsce zamieszkania. Po godzinnej rozmowie, pokazując mapę Łomianek i okolic zażądał, aby sołtys pokazał mu miejsce zamieszkanie wymienionych, przez niego osób. Zagroził, że w przypadku ujawnienia komuś tej rozmowy, zostanie aresztowany i wywieziony do obozu.

Sołtys po namyśle przyrzekł, że jako władza administracyjna, udzieli mu pomocy w ściganiu przestępców gospodarczych, wskaże miejsce zamieszkania interesujących go osób. Na liście znajdowali się m.in.: Stanisław Baran zamieszkały w Burakowie, Kazimierz Zawitaj zamieszkały w Prochowni, Czesław Górski również z Prochowni, Nowak zamieszkały w Dąbrowie, Bolesław Klimaszewski z Prochowni, Adam Laskowski, Przybylski z synem Zbigniewem i jeszcze kilka osób. Idący z sołtysem, konfident przy nazwiskach i miejscu zamieszkania wymienionych na liście, notował jakieś znaki. Po 2- godzinnym marszu, osobnik ten jeszcze raz nakazał sołtysowi utrzymanie tajemnicy.

Stanisław Baran, 1939 r.

Jan Laskowski wierny złożonej przysiędze żołnierskiej, którą składał wstępując w nasze szeregi, po zorientowaniu się, że tu chodzi o działania związane z organizacją, do której należał, postanowił natychmiast mnie o tym zawiadomić. Tego dnia wieczorem złożył mi o powyższym meldunek. Natychmiast zarządzałem odprawę dowódców drużyn, aby posiadaną broń zachowali i dobrze zabezpieczyli oraz ogłosiłem alarm, by zagrożeni nie nocowali w domu. 0 powyższym złożyłem meldunek kpt Józefowi Krzyczkowskiemu „Szymonowi”, który natychmiast przybył, by podjąć decyzję co dalej robić. Pochwalił moją decyzję, by wszyscy członkowie naszej organizacji nie nocowali w domu i wydał polecenie, by kontrwywiad AK rozpoznał przyczyny, jak się wyraził „wsypy naszej organizacji”.

Na trzeci dzień od powyższego wydarzenia, zgłosił się, do mnie znany mi osobiście Stanisław Niegodzisz „Giedrojć”, członek naszej organizacji AK z 3 plutonu, zamieszkały w Dziekanowie Leśnym i w rozmowie ujawnił mi następujące fakty. Otóż współpracujący z nim, jego były kolega volksdeutsch, należący do niemieckiej organizacji Sturm Abteilungen (SA), której dowódcą był Henryk Korzeniowski, miał rozpracować naszą działalność konspiracyjną i przygotowuje jej likwidację. Od razu zrozumiałem co nam zagraża. Ostrzegłem wtedy wszystkich, zgodnie z danymi jakie otrzymałem od sołtysa z Burakowa aby nie nocowali w domu i sam również udałem się gdzie indziej na nocleg.

28 lutego 1943 r. wybrałem się jak zwykle na nocleg do Dąbrowy, do mojego kuzyna Podgórskiego, który też był w AK, ale nie znajdował się na liście owego konfidenta. Idąc po drodze wstąpiłem do kol. Kazimierza Zawitaja, by przypadkiem nie pozostał na noc w domu. Zabrałem wtedy ze sobą Czesława Górskiego, z którym wspólnie prowadziliśmy działalność konspiracyjną. U kol. Podgórskiego zebrało się nas kilku więc postanowiliśmy całą noc spędzić u niego, grając w karty. Ok. godz. 600 rano, gdy zaczęło świtać, postanowiliśmy wrócić do domu. Jakież było nasze przerażenie, gdy zobaczyliśmy samochody Gestapo, którymi obstawiono wieś Prochownię. Szybko zorientowaliśmy się, że Niemcy przystąpili do likwidacji naszej organizacji. Widzieliśmy z ukrycia obstawiony SS-manami dom Czesława Górskiego i wyprowadzanych ostrzeżonych przeze mnie Bolesława Klimaszewskiego, Przybylskiego z synem Zbigniewem, Nowaka i innych. Po odjeździe SS-manów upewniwszy się, że na pewno w Burakowie nie ma już Niemców wróciłem do domu. Moja żona Stefania, która dobrze wiedziała, że jestem związany z pracą w konspiracji opowiedziała mi z przerażeniem o całym zajściu. Do mojego mieszkania w Burakowie, wskazanego przez sołtysa, przyjechały samochody z SS-manami, obstawili dom i z gotowymi do strzału automatami wkroczyli do mojego mieszkania. Kazali żonie podnieść ręce do góry i obszukiwali cały dom, piwnice i strach. Po rewizji zaczęli ją przesłuchiwać.

Chciałem tu nadmienić, że niemieckie podejrzenia o moją działalność konspiracyjną były całkiem zasadne, bowiem kilka miesięcy wcześniej otrzymałem polecenie od wójta gm. Młociny p. Surwiłło (emigrant z poznańskiego), który też był członkiem naszej organizacji, by w ramach zarządzeń porządkowych, wydanych przez administrację niemiecką stworzyć na terenie gminy w Młocinach, straże wiejskie do walki z kradzieżą, włóczęgami i podpalaniem. Przy tej okazji miałem możliwość urządzania odpraw i ćwiczeń. W grupie tej byli wszyscy moi podkomendni. O tej działalności wiedział także dowódca 8 Rejonu kpt.”Szymon”. W związku z tym SS-mani pytali moją żonę kiedy była ostatnia zbiórka i gdzie ja w tej chwili się znajduję. Oświadczyła im, że udałem się w sprawach rodzinnych na wieś. Dodała też, że skarżyłem się jej, że moi strażacy nie chcą przychodzić na warty. Powiedzieli jej wtedy, że zaraz po powrocie mam się do nich zgłosić tj. do Włoch pod Warszawą, w celu otrzymania o instrukcji, po czym odjechali. W międzyczasie dowiedziałem się, że aresztowano 6 osób spośród znajdujących się na liście, a następnie wywieziono ich do Pruszkowa i dalej do Oświęcimia ( po wyzwoleniu powrócił tylko Bolesław Klimaszewski).

Po tym co zaszło pożegnałem się z żoną, ostrzegłem swoich szwagrów Bernarda i Tadeusza, którzy również byli w organizacji Bernarda, by nie nocowali w domu i udałem się do krewnych w Wólce Węgłowej Tam przybył do mnie zaalarmowany kpt.”Szymon”. Poinformowałem go o aresztowaniach. Polecił mi czekać tu w kryjówce na dokumenty na inne nazwisko, które otrzymałem po dwóch dniach. Od tej pory nazywałem się Linkowski Mieczysław zamieszkały Warszawa ul. Babicka 9, otrzymałem również ausweis z miejscem pracy w Zakładach Komunikacji Miejskiej w Warszawie jako szklarz. W międzyczasie ostrzegłem żonę, aby również nie nocowała w domu. Po trzech dniach znów przybyli SS-mani do mojego domu. Nie zastając nikogo wzięli jako zakładników, dwóch moich szwagrów, których też ostrzegałem, aby nie zostawali na noc w domu – Tadeusza i Bernarda. Mojemu teściowi Janowi Matuszewskiemu oświadczyli, że jeżeli w ciągu 2 tygodni nie zgłoszę się do Gestapo, to jego synowie Tadeusz i Bernard zostaną rozstrzelani. Po tym incydencie teść mój jako jeden z czołowych, gospodarzy miał wielu znajomych, których prosił o pomoc po aresztowaniu synów. W rezultacie przy pomocy Korzeniowskiego z gminy Młociny, za łapówki udało się po trzech miesiącach zwolnić Tadeusza. Bernard został rozstrzelany na Pawiaku w kwietniu 1945 r. Gestapowcy jeszcze kilkakrotnie przyjeżdżali, robiąc częste rewizje u mojego teścia. Moja córka Urszula miała wtedy 4 lata i chodziła do przedszkola Sióstr Zakonnych w Burakowie. Pewnego dnia znów przyjechali gestapowcy i pytali teścia o moją córkę, gdzie ona teraz jest. Teść wskazał przedszkole Sióstr Niepokalanek. Udali się więc tam i poprosili przełożoną, aby przyprowadziła moją córkę. Najpierw poczęstowali ją czekoladą, pogłaskali, zapytali jak się nazywa. Odpowiedziała, że nazywa się Łuka Bajan (Urszula Baran), a na pytanie, gdzie jest twój ojciec, oświadczyła według relacji siostry zakonnej „Tatuś pojechał do Prus na „bebel pracować”. Zaczerwieniony ze złości Niemiec pogłaskał ją i wyszedł. Po moim powrocie siostra zakonna, relacjonując to zdarzenie rozpłakała się. Tak skończyła się akcja likwidacji naszej działalności. Odchodząc, swój pluton przekazałem mojemu zastępcy. Ukrywałem się pod zmienionym nazwiskiem na Targówku u mojej siostry Marii Miśkiewicz.

Oryginalne zawiadomienie o awansie na stopień ppor.

W dalszym ciągu prowadziłem jednak szkolenie i instruktaż naszych kolegów w pobliskim Wawrzyszewie, wykonując w ten sposób polecenia mojego dowódcy por.”Gniewa”, z którym utrzymywałem stały kontakt. W związku z alarmem gotowości bojowej do powstania, wezwany przez gońca, zgłosiłem się na punkt mobilizacyjny na Wzgórzu 103, gdzie objąłem dowództwo plutonu mojej kompanii a następnie wziąłem udział w ataku na lotnisko bielańskie.

Z dniem 9 sierpnia 1944 r. rozkazem por.”Doliny” Adolfa Pilcha, pełniącego obowiązki dowódcy pułku Palmiry – Młociny, zostałem dowódcą plutonu zwiadu konnego batalionu por.”Strzały”, który wcześniej zginął w ataku na lotnisko bielańskie.

 

 

Na podstawie materiałów udostępnionych przez Córkę Stanisława Barana Panią Zofię opracował
Kazimierz Medyński