Dwa lokale w niepozornym, parterowym budynku przy ul. Warszawskiej 81, z racji swego położenia w centrum Łomianek, zapisały się na mapie handlowej miasta. Rozbudowany w głąb posesji budynek przez lata pełnił funkcję piekarni. Wspomina ją Apoloniia Urbaniak z Burakowa:

 Wiele lat przed wojną była tu, zaopatrująca też okolicę, piekarnia Żyda Janklewicza[1]. Oprócz chleba w sklepie przy piekarni można było kupić różną piekarniczą „galanterię”: bułki, parki, „małgośki” posypane makiem lub czarnuszką i wyjątkowo smaczne maślane bułeczki o złocistej barwie, posypane cukrem. Owe lśniące (bo smarowane roztrzepanym jajkiem) bułeczki o niepowtarzalnym smaku, szczególnie kusiły dzieciarnię pobliskiej szkoły. Na dużej, półgodzinnej przerwie uczniowie biegli do sklepu po maślane bułeczki i rogale, które kosztowały 5 groszy, lub tańsze bo po 3 grosze „małgośki”. Za ladą obsługiwał klientów sam właściciel i uprzejmie oferował swoje wypieki. Pan Janklewicz był średniej postury i krępej budowy. Miał siwą brodę i pogodne spojrzenie. Pomagająca mu w sklepie żona o ciemnych oczach i włosach zaczesanych do góry sprawiała wrażenie bardzo spokojnej osoby.

Sklep przy piekarni otwarty był także w niedzielę. Pamiętam doskonale dzień 29 czerwca 1938 r. dzień Pierwszej Komunii św. kiedy to po uroczystej mszy sprawowanej przez ówczesnego proboszcza Apoloniusza Kosińskiego, wracając z Babcią do domu do Burakowa, wstąpiłyśmy do piekarni aby kupić bułki-parki. Nie zapomnę smaku tej bułki, którą sprzedawca zapakował w duża papierową torbę. Zajadałam się nią – wyjątkowo mi smakowała po długim eucharystycznym poście, a świeżość i zapach pobudzały apetyt. Piekarnia wraz ze sklepem funkcjonowła do chwili wywozu łomiankowskich Żydów w 1941 r. do przejściowego obozu w Pomiechówku, a później do Treblinki. Piekarnia przestała funkcjonować, nie pachniało już chlebem.

 

pola-luty-1943_2x3apteka-aronia_od-warszawskiej-2016_ts_2x3apteka-aronia_zaplecze-2016_ts_2x3

 

Inne wspomnienie Poli Urbaniak dowodzi, że również za okupacji piekarnia działała, choć prowadził ją prawdopodobnie miejscowy kolonista.

W czasie okupacji chleb w Polsce był na kartki. Smak kartkowego chleba miał w sobie gorycz. Był z substytutami mączki kasztanowej i trocinami. Dodatkowy chleb można było wystać w kolejce w łomiankowskiej piekarni, którą po Janklewiczu prowadził pan Elbe. Miałam wtedy 15 lat. Późnym popołudniem poszłam do Łomianek po niepewny bochenek chleba. Trzeba było najpierw wpisać się na listę kolejkową, za którą był odpowiedzialny jeden z wolontariuszy. Stałam cały wieczór i noc, aż do rana, ale chleba dla mnie i wielu za mną nie starczyło. Czas czekania spędziłam przyglądając się przez otwarte okna pracy piekarzy. Masa chlebowa wyrabiana była w drewnianych kadziach, nieckach przeważnie ręcznie. Tego samego dnia ponownie poszłam po chleb do Łomianek. Zabrałam ze sobą moją siostrę Krysię. Kiedy doszłyśmy do piekarni stała długa kolejka. Czekaliśmy wszyscy do rana, a ja z siostrą do godz. 13 , gdyż z pierwszego wypieku chleba dla wszystkich nie starczyło. Dopiero z następnego dostałyśmy po jednym bochenku. Był jeszcze gorący, rumiany, pachnący, parzył dziewczęce dłonie. Jak ostygł przyciskałam do ust, całowałam. Z tymi dwoma chlebami wracałyśmy do domu uszczęśliwione. Przez drogę bałyśmy się urwać kawałek aby go nie okaleczyć. Bochenek chleba był jak święty, przez drogę nietykalny. Miałyśmy satysfakcję, że dwa bochenki spoczęły na stole a Mama podzieliła na tyle porcji ile było osób w rodzinie. Ta niewielka pajdka to był mój przydział za drogę do piekarni, drzemkę w kucki, wydłużone godziny wyczekiwania. Cała radość w tym, że nie na próżno, że dobry, nie gorzki, choć z goryczą niepewności i ze łzami szczęścia zdobyty.

Po wojnie w 1955 r. budynek dawnej piekarni należący do państwa Rykowskich wydzierżawił Stanisław Piwoński i prowadził tam wypiek i sprzedaż pieczywa. Około 1958 r. pożar zniszczył budynek i Stanisław Piwoński wyjechał na Śląsk. Właściciele odbudowali piekarnię, w której znów wypiekano pieczywo pod firmą Nowakowskiego i Michalczyka.

W latach 90.XX w. w budynku znajdował się zakład piekarniczy pana Ptaszka, który sprzedawał też swoje wyroby w ciastkarni o nazwie „Napoleonka”. Na przełomie wieków budynek poddano gruntownemu remontowi m. in. wówczas wyburzono stare piece piekarnicze , aby dostosować go do wymogów lokalu sprzedającego lekarstwa. Wkrótce otwarto 4 na terenie miasta Aptekę „Natura bis”. Po zmianie właściciela apteka zmieniła nazwę na „Aronia”. W mniejszym lokalu obok, gdzie niegdyś była kwiaciarnia, w latach 1992 – 2000 działał zakład fotograficzny Remigiusza Bierzanka, a następnie istniejący do dziś sklep hydrauliczny.

 

[1] Księga Adresowa Polski z lat 1926/27  na s. 1612 podaje, że w Łomiankach były dwie piekarnie: Sz. Janklewicza i W. Bogdańskiego