Szmugiel, czyli przemyt żywności ze wsi do miasta na tzw. czarny rynek, pozwalał na uzupełnienie głodowych racji żywnościowych mieszkańców miast. Szmuglem zajmowali się ludzie bardzo często nie dla zysków, a z życiowej konieczności. Był to jedyny sposób na zarobek i zaopatrzenie rodziny. Warszawa, a szczególnie getto, były to chłonne rynki zbytu wszelkiej żywności. Dzielnice położone przy liniach kolejek wąskotorowych były lepiej zaopatrzone. Tymi podwarszawskimi samowarkami wjeżdżały do miasta duże ilości szmuglowanych towarów. Północną stronę Warszawy – Żoliborz i Bielany zaopatrywali włościanie z Burakowa i Wólki Węglowej. Były to jednak niedostateczne ilości. Opłacalny był szmugiel z dalszych wiosek – Łomny i Czosnowa, ale te położone były już za granicą Generalnej Guberni. Podwajało to ryzyko – zabroniony był przywóz do miasta, a dodatkowo trzeba było produkty przemycić przez granicę.

Stanisława Liszewska

W Burakowie mieszkało kilka osób, które zajmowały się szmuglem towarów zza kordonu granicy Rzeszy. W większości były to kobiety, które pozostały bez mężów, a musiały wyżywić dzieci i rodzinę. Odznaczały się one odwagą i sprytem, które były potrzebne, aby niepostrzeżenie przedostać się przez granicę mimo licznych punktów wartowniczych, tzw. wach pilnie strzeżonych przez Niemców. Najbardziej niebezpieczny odcinek drogi zaczynał się od Pieńkowa po Łomnę do terenu plebani i tamtejszego kościoła. W nocy to dojście w chaszczach nad Wisłą pilnowane było przez żołnierzy z psami, które węszyły i wskazywały osoby przechodzące granicę. Oświetlone latarkami szmuglerki na słowa halt!, halt! musiały unieść ręce do góry z białą chusteczką na znak poddania. Nie wolno było uciekać, bo niechybny strzał mógł być śmiertelny. Złapane musiały pod eskortą przejść na podwórko plebani, w której stacjonowali żandarmi. Po rewizji i oddaniu towaru złapane kobiety zmuszane były do różnych robót, jak rżnięcie i rąbanie drewna, porządkowanie terenu, szorowanie podłóg, pranie osobistej bielizny Niemców. Niejednokrotnie kobiety te zmuszane były do uczestnictwa w pijackich libacjach, były gwałcone. Wykorzystane szmuglerki, bez towaru, Niemcy odprowadzali pod eskortą do samego Pieńkowa. Chcieli mieć pewność, że kobiety nie zawrócą do Łomny lub Czosnowa.

Nieraz co odważniejsza wracała ponownie na wioskę do swoich polskich gospodyń i zabierała przygotowane sery, jaja, śmietanę, gryczaną kaszę, zabity drób i słoninę oraz wspaniałe gruszki. Gospodynie z wiosek położonych za granicą Generalnej Guberni zamawiały towary przemysłowe, takie jak: bielizna, odzież, buty, wełna, nici, wsypy na pierze, nasiona, spirytus i marki. Były to rzeczy do kupienia na bazarach, wśród których najlepiej zaopatrzony był bazar Różyckiego na Pradze. Z niedalekie-go, mieszczącego się przy ul. Ząbkowskiej, Monopolu przemycano bardzo reglamentowany spirytus. Polscy pracownicy Monopolu solidaryzowali się z handlującymi. Poprzez układy i łapówki zamówioną ilość butelek spirytusu można było odebrać w kantorze u szefa lub bezpośrednio na portierni. Alkohol dla szmuglerzy był nalewany w szczelnie zamykane kanistry i bańki na mleko.

Szczęśliwe przyniesienie nabiału lub mięsa z wiosek w Rzeszy to nie był koniec kłopotów. Towary te trzeba było jeszcze przemycić do Warszawy. Rozstawione niemieckie warty kontrolowały chłopskie wozy podążające do stolicy. Znalezione podczas rewizji ziemiopłody, mleko, nabiał i drób były zabierane. Takie wachy znajdowały się w Młocinach (przy obecnej ul. Pułkowej i Muzealnej), na Bielanach przy lotnisku (okolice obecnej ul. Przy Agorze) oraz przy pl. Wilsona. Kluczenie okrężnymi drogami na niewiele się zdawało, bo patrole na motorach penetrowały leśne drogi w Lasku Bielańskim i na dolnym Marymoncie.

Mimo kontroli większość przewożonych towarów trafiała do celu – do żoliborskich węglarzy. Węglarze początkowo mieli zezwolenie na wjazd na teren getta. Pod węglem wwozili żywność dla wygłodniałej ludności żydowskiej. Pod węglem też wywozili Żydów na stronę aryjską.

Kobiety szmuglerki żyły w stałym napięciu i strachu, te najczęściej łapane wpisywane były przez Niemców na czarne listy, co mogło skutkować wywiezieniem do przymusowej pracy lub obozu. Znane okupantom szmuglerki wykorzystywane były też przez niemieckich żołnierzy jako kobiety do towarzystwa, gdy przyjeżdżali zabawić się w restauracji w Burakowie. Niektóre uważano za konfidentki. Nie podobało się to miejscowym mężczyznom należącym do ruchu oporu.

W Burakowie szmuglem zajmowało się chyba 12 osób. Pięć kobiet trudniących się szmuglem było poszukiwanych przez niemiecką policję i musiało się ukrywać. Te, które nawiązały bardziej zażyłe stosunki z niemieckimi wartownikami – towarzyszyły im w spacerach i lokalach, były po wyzwoleniu piętnowane przez chłopców z AK. Ogolone głowy długo musiały skrywać pod chustkami.

W mojej rodzinie szmuglem zajmowała się bratanica mego ojca – Stanisława. Jej mąż za udział w walkach nad Bzurą jako telegrafista dostał się do niewoli i siedział w stalagu nr VI na terenie Niemiec. Mała córeczka Basia wychowywała się w naszym rodzinnym domu w Burakowie.

Pamiętam niedzielny poranek w lipcu 1943 roku. Stanisława, nazywana przez nas ciocią Stasią, po udanym przejściu wachy w Łomnie szczęśliwie przyniosła na plecach połówkę wieprza i kosz białego sera i śmietany. Zmęczona drogą przez chaszcze i pola postawiła tłumok i kosz w kuchni i znużona położyła się w sypialni na piętrze, aby odespać nocne godziny. Nie przypuszczała, że będą jej szukać żandarmi. Jej dom sąsiadował z naszym. Tymczasem żandarmi w czapkach z trupimi czaszkami i blachami z napisem „polizei” w towarzystwie polskiego policjanta Kozłowskiego i tłumacza wtargnęli na nasze podwórko i osaczyli cały dom. Dowiedzieli się wcześniej, ze Stanisława najczęściej przebywa u stryja Antoniego Liszewskiego – mego ojca. Dwóch gestapowców weszło do izb i przejrzało wszystkie kąty. Po dokładnej rewizji domagali się wskazania miejsca pobytu poszukiwanej. Tato trzymany pod bronią stał z gestapowcami przed gankiem. Oznajmiono mu, że jeśli Stanisława szmuglerka się nie znajdzie, zabiorą go jako zakładnika. Widziałam przerażenie Babci i Mamy, która trzymała moją dziesięciomiesięczną siostrę na rękach. Dwóch żandarmów pilnowało furtki obok swoich motocykli z koszami. Jeden maszerował na granicy posesji taty bratowej. Wyglądało to wyjątkowo groźnie i nikt nie wiedział co za chwilę może się stać. Chwyciłam wiadro z ławki ganku i popędziłam do studni na podwórku cioci Stasi. Z tym wiadrem wpadłam do sieni jej domu i bardzo głośno wołałam: – Ciociu! Uciekaj! Niemcy ciebie szukają! Są u nas! Uciekaj, bo cię zabiorą! I wybiegłam na podwórko, aby nabrać wody. Zdążyłam zrobić kilka kroków, gdy żandarmi z policjantem weszli już na podwórko. Potem do domu. O obecności szmuglerki świadczył znajdujący się w kuchni nie rozpakowany towar. Weszli na górę. W pokoju w rozgrzebanej pościeli nie było poszukiwanej. Zajrzeli pod pościel i stwierdzili, że jest ciepła. Przeklinali, wrzeszczeli, ale odeszli z kwitkiem.

Na moje głośne wołanie: „Uciekaj! – Niemcy! Uciekaj! – zerwana ze snu ciocia Stasia w nocnej koszuli wyskoczyła z okna. Był to odważny skok z pierwszego piętra. Kryjąc się co chwila za krzakami, przebiegła przez pagórkowaty teren do młocińskiego lasu, gdzie ukryła się w olbrzymich jałowcach koło piaskowych gór. Przesiedziała tam kilka godzin. Pod wieczór spostrzegła, ze pobliską aleją idzie gajowy Balcerzak. Zaczęła wołać i prosić, aby podszedł. Nie odmówił, bo dobrze znał Stanisławę i całą jej rodzinę. Uciekinierka prosiła, aby powiadomił przyjaciółkę Wacię, która była jej towarzyszką za wachą, żeby przyniosła garderobę i pantofle. Ma zgłosić się do jej mamy, żeby wszystko zapakowała w koszyk i o zmierzchu dostarczyła wraz z dokumentami. Po otrzymaniu zamówionych rzeczy Stanisława, uciekając okrężnymi drogami, dotarła do swej siostry mieszkającej na ul. Włościańskiej w Warszawie. Tam ukrywała się aż do wybuchu powstania w 1944 r.

Niemcy jeszcze wielokrotnie zajeżdżali do Burakowa i wypytywali o szmuglerki a szczególnie o Wacławę, która po tym całym zdarzeniu wyniosła się z rodzinnego domu. Owego lipcowego dnia cioci Stasi udało się uciec Niemcom. Mego Tatę zabrali jednak jako zakładnika.

Pola Urbaniak