Cmentarz w Palmirach

W przeddzień święta Wszystkich Świętych organizowane są już od czterech lat marsze młodzieży do Palmir, których celem jest zapalenie świeczek na mogiłach ofiar wojny. Bardzo to mądra inicjatywa. Młodym należy przypominać tamte straszne czasy, aby się nigdy więcej Dla mnie, osoby pamiętającej czas wojny i okupacji nazwa Palmiry przywołuje wspomnienia grozy, związane z wyprawami do puszczy mojego Taty – Antoniego Liszewskiego. Miał gospodarstwo rolne i mieszkał z żoną Marianną i trzema córkami w Burakowie. W pierwszych latach okupacji gospodarze zmuszani byli do różnych prac, nieodpłatnie na rzecz okupanta. Jedną z nich była wywózka drewna z Puszczy Kampinoskiej. Wyznaczeni przez sołtysa gospodarze musieli odtransportować przygotowany budulec i okrąglaki z puszczy na Dworzec Gdański w Warszawie skąd już pociągami przewożono go na Śląsk do kopalni. Tata jeździł do puszczy na jesieni i w zimie w 1940 i 1941r. Wyjeżdżał bardzo wcześnie. Z tamtego okresu pamiętam długi wóz na ogumionych kołach składający się z szerokiej deski stanowiącej jego dno tzw. dennicy oraz czterech pionowych wsporników, za które normalnie wkładane były deski zwane zakładkami stanowiące boczne ściany wozu. Ważnym elementem były łańcuchy, które służyły do spięcia drzewa podczas transportu.

Do wozu Tata zaprzęgał ulubioną klacz Baśkę, której towarzyszył źrebak. Na wóz ładował drewnianą skrzynkę, w której był worek z paszą dla konia, a także w lnianym woreczku całodzienny prowiant składający się z chleba i mięsa przygotowany przez Mamę. Skrzynkę przykrywała deska owinięta kocem służąca za ławkę dla woźnicy. W zimowe dni Tata ubierał się w długi kożuch z wykładanym kołnierzem, wysokie, skórzane buty i watowaną czapkę z nausznikami. Pamiętam jak wyjeżdżał z podwórza stojąc na wozie z podniesionym skórzanym batem ozdobionym zwisającymi pomponikami. Bramę zamykała Mama i na podwórze powracała cisza po rannej krzątaninie, która nam dzieciom nie pozwalała spać spokojnie.

Z Burakowa do leśnictwa Pociecha było ok. 25 km. Drzewo ułożone w sążnie, numerowane i cechowane wydawał leśniczy. Ciężko załadowanym wozem do dworca było o ok. 10 km. dalej. Tata jak i inni wozacy z Burakowa znał wszystkie drogi w puszczy, każdy zakręt i wieś. Często spotykał patrole niemieckie, które sprawdzały zawartość skrzynek a przede wszystkim legalność wywózki, którą potwierdzały kwity wydawane przez leśniczych.

Do dziś jest w moim posiadaniu 9 „Kwitów dostawy”, które były wystawiane woźnicy aby mógł spokojnie wywieźć drewno z lasu. Wszystkie wystawione były przez leśnictwo Pociecha należące do nadleśnictwa Laski na nazwisko mego ojca. W dwóch przypadkach widnieje też jeszcze nazwisko Jana Leszczyńskiego i Rzeźnickiego co znac

Antoni Liszewski w mundurze szwoleżera. Fotografia z ok. 1928 r.

zy, że nie zawsze Tata jeździł sam W większości wypadków drewno przeznaczone było dla firmy Mögelen w Lensbergu.

Pamiętam też jak Tata opowiadał o tym jak często mijał się z niemieckimi budami załadowanymi Polakami i obstawionymi żandarmerią z bronią. W powrotnej drodze dochodziły ich odgłosy maszynowych karabinów, których echo rozrywało ciszę puszczy. Wozacy wiedzieli o dokonywanych w lesie egzekucjach na Polakach mimo, że miejsca te były niedostępne dla cywilów. Opowiadał im przy załadunku drzewa gajowy Roszczyk i Herbański, którzy ukryci na bardzo wysokiej sośnie obok leśnej polany pod Palmirami widzieli na własne oczy jak rozstrzeliwano nad wykopanymi dołami przywożonych Polaków. Wszyscy, którzy jeździli do puszczy i mijali niemieckie transporty sami czuli się zagrożeni. Mogli zostać potraktowani jako niewygodni świadkowie niemieckich zbrodni. Dlatego każde spotkanie w lesie z Niemcami było chwilą grozy, kiedy cierpła skóra, a walenie serca zagłuszał brzęk uprzęży i rżenie źrebaka.

W pierwszym okresie hitlerowskiego terroru po kapitulacji Warszawy Niemcy dokonywali tajnych egzekucji na terenie tzw. warszawskiego pierścienia śmierci – w Zielonce, Palmirach Szwedzkich Górach i w Lesie Kabackim. Pierwsza egzekucja Polaków przywiezionych do Palmir miała miejsce 14 grudnia 1939 r. Od maja 1940 r. w ramach nadzwyczajnej akcji pacyfikacyjnej dokonano kilku wielkich łapanek ulicznych w różnych dzielnicach miasta, łącznie z wyciąganiem ludzi z domów.. Większość aresztowanych rozstrzelano następnie w Palmirach. Największa z tych egzekucji odbyła się 20 i 21 czerwca, kiedy to stracono 358 osób m. in. marszałka Sejmu Macieja Rataja, wiceprezydenta Warszawy Jana Pohoskiego i złotego medalistę olimpijskiego Janusza Kusocińskiego. Zginął tu też ks. Zygmunt Sajna proboszcz i dziekan w Górze Kalwarii. Ostatnia egzekucja miała miejsce 17 lipca 1941 r. kiedy to zamordowano 48 osób. Po wojnie ekshumowano zwłoki a w 1948 r. urządzono cmentarz – mauzoleum na wielkiej leśnej polanie, nad którą górują trzy krzyże. Znajduje się tu 2115 mogił osób z Warszawy i okolic zamordowanych w ramach akcji eksterminacyjnych. Wśród nich było wiele wybitnych postaci ze świata polityki, nauki i kultury więzionych i dręczonych na Pawiaku i w największej katowni W Alei Szucha w Warszawie. Przy wejściu na cmentarz znajduje się muzeum i ołtarz oraz kamienna tablica ze słowami wypisanymi przez skazanego na ścianie celi więziennej w Alei Szucha :”Łatwo jest mówić o Polsce. Trudniej dla niej pracować. Jeszcze trudniej umrzeć. A najtrudniej cierpieć”.

Pola Urbaniak