Czesław Miecznikowski, 1939 r.

Wspominając tragiczne losy wielu ludzi z czasów wojny, pragnę i ja przypomnieć mojego brata Czesława. Czesław Miecznikowski urodził się we wsi Buraków w chłopskiej rodzinie jako jedno z sześciorga dzieci Piotra i Antoniny Miecznikowskich. Już od dziecka razem z rodzeństwem Jak większość jego rówieśników pracował w gospodarstwie rodziców. W 1914 r. rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Łomiankach, gdzie nauczyciele określali jego zdolności jako ponad przeciętne. Po ukończeniu szkoły podstawowej w latach 1920-1925 uczy się dalej w gimnazjum oo. Marianów na Bielanach. W tym czasie sytuacja materialna w jego domu rodzinnym nie była najlepsza, jednakże oo. Mariani widząc jego wyniki nauki w pierwszej klasie gimnazjum, rezygnują z pobierania czesnego W następnych klasach Czesław już zarabia na swe utrzymanie udzielając korepetycji a w 1925 r. kończy gimnazjum z wynikiem celującym i zostaje powołany do wojska. Po odbyciu obowiązkowej służby, za sprawą oo. Marianów odbywa pielgrzymkę do Rzymu gdzie m. in. ma możliwość uczestniczenia w audiencji u Ojca Św. Piusa XI. Wyjazd ten prawdopodobnie poważnie zaważył na jego przyszłości ponieważ pod namową swych nauczycieli z gimnazjum podejmuje dalsze studia na paryskiej Sorbonie. Po ukończeniu studiów wraca do Warszawy, zakłada własną rodzinę i razem z żoną zamieszkują na Saskiej Kępie. W 1935 r. zostaje nauczycielem języków obcych w warszawskim gimnazjum im. Władysława IV przy ul. Jagielońskiej. Podczas wojny nadal pracuje jako nauczyciel ucząc przyszłych maturzystów na tajnych kompletach. Wraz z wybuchem Powstania Warszawskiego, pragnąc zapewnić bezpieczeństwo najbliższym – żonie Irenie z maleńkim dzieckiem, przywozi ich do Burakowa, do swoich rodziców. Nadchodzi feralny dla rodziny dzień 4-ty sierpnia 1944 r. Tego dnia, do płynącego łodzią po Wiśle patrolu żandarmerii niemieckiej, ktoś z nadwiślańskich zarośli Lasku Młocinskiego oddał kilka strzałów karabinowych. Z uwagi na dużą odległość skutek tego ognia był żaden, jednak Niemcy nie zamierzali tego incydentu puścić płazem. Wkrótce do Burakowa zajechała ciężarówka wypełniona niemieckimi żołnierzami i rozpoczęto najzwyklejsze polowanie na mężczyzn. Zatrzymanych Niemcy trzymali pod lufami karabinów maszynowych na skraju wsi, wszyscy czekali na jedno, na śmierć! Nim podjęto decyzję co do ich dalszego losu, niemieccy żołnierz złapali i przywlekli na przesłuchanie mojego brata Czesława Miecznikowskiego. Gdy po wylegitymowaniu okazało się, że jest to inteligent, profesor gimnazjum a na dodatek nie mieszka w Burakowie tylko przebywa u rodziców, uznano go za dowódcę partyzantów strzelających do patrolu. Nie wdając się w dalsze dochodzenie, oficer skinął na jednego z żołnierzy a ten serią z automatu odciął mu czaszkę. Chwilę później oświadczył zatrzymanym, że jego życie dało im wolność i rozkazał wszystkich puścić. Taki człowiek w Burakowie był tylko jeden więc zadbajmy by nie umknęło to z naszej pamięci. Dziwić może, że do tej pory o tym fakcie wiedzą i pamiętają tylko najstarsi i nieliczni mieszkańcy Burakowa i Łomianek a myślę, że człowiek ten zasłużył sobie na więcej”.

Innym żyjącym świadkiem potwierdzającym to zdarzenie był ówczesny mieszkaniec Burakowa pan Mieczysław Dąbrowski, który tego dnia w tym samym czasie wraz z dwoma kolegami Zygmuntem Kaczyńskim i Tomkiem Chałuskim penetrował zatopiony na wysokości ul. Parkowej statek wiślany „Nur”. Nieoczekiwanie, od strony brzegu poleciały w ich kierunku strzały. To byli Niemcy! Schowani za kominem z przerażeniem słuchali świstu kul bijących o blachy statku. Długo nie zwlekając, zeskoczyli na ziemię i ruszyli biegiem wzdłuż brzegu w kierunku Łomianek. Niestety daleko nie odbiegli, na ich drodze stali już żołnierze z wycelowaną bronią. Pochwyconych przyprowadzono do wsi. Tam zobaczyli trzymanego pod lufami Czesława Miecznikowskiego a opodal grupkę wcześniej zatrzymanych mężczyzn. Co robiliście nad rzeką? – spytał oficer a słysząc, że paśli kozy i widząc, że to nieletni, kazał im szybko zmykać do domu. Już odchodzili, gdy padła seria z peemu. Przerażeni, kątem oka zobaczyli Miecznikowskiego padającego na ziemię z odstrzeloną czaszką. Wspomniany wcześniej fakt ostrzelania niemieckiego patrolu na Wiśle, który był powodem całego zajścia, pojawiał się również w relacjach nieżyjącego już przewoźnika jeńców sowieckich, żołnierza Dywersji Bojowej Eugeniusza Wyszyńskiego. Po wojnie chodziły niepotwierdzone do dziś słuchy, że owego ostrzału dokonał jeden z żołnierzy tutejszego oddziału AK Franciszek Laskowski, który w „cywilu” pracował jako kierowca w garbarni Raabego przy dzisiejszej ul. Fabrycznej

Opracował Kazimierz Medyński na podstawie wspomnień Anieli Dąbrowskiej z d. Miecznikowskiej