Udokumentowane tradycje pozyskiwania i obróbki żelaza na naszym terenie, można za sprawą odkrytych przez archeologów w 2010 r. w rejonie Jeziora Fabrycznego prymitywnych pieców hutniczych tzw. „dymarek”, cofnąć w czasie aż do początków naszej ery. Uzyskana z wytopu żeliwno – żużlowa „łupa” nie nadawała się do bezpośredniego przerobu, dopiero jej wielokrotne grzanie i kucie pozbawiało „łupę”zawartego w niej żużla i nadawało cechy stali. Dalsze przetwarzanie tak otrzymanej stali to też wyłącznie technika kuzienna, która wraz ze wzrostem zapotrzebowania na wyroby stalowe spowodowała masowe powstawanie kuźni na terenie całej Europy.

Stefan Szymański z żoną i dziećmi

Od czasu powstania na terenie Polski w XII wieku organizacji cechowych, kowalstwo podzieliło się wyraźnie na wiejskie – zajmujące się przede wszystkim wytwarzaniem narzędzi pracy i sprzętów codziennego użytku oraz miejskie – nastawione na wyrób przedmiotów artystycznych, krat okuć i tym podobnych, związanych bezpośrednio z architekturą.

Stefan Szymański z żoną

Szczególnymi miejscami lokalizacji kuźni był zazwyczaj trakty handlowe, gdyż umożliwiały nie tylko kucie koni ale także wykonywanie niezbędnych napraw pojazdów, dzięki czemu przetrwały one aż do końca XX w. zamierając w sposób naturalny dzięki rozwojowi transportu samochodowego. Dziś, nieliczne już kuźnie, wyparte przez przemysł, zajmują się głównie kowalstwem artystycznym a tradycyjne technologie odchodzą w zapomnienie z braku chętnych do kontynuowani tego szlachetnego rzemiosła. W latach międzywojennych przy trakcie łomiankowskim funkcjonowało aż pięć kuźni nie licząc tych wewnątrz wiosek. Początek dawała kuźnia na Słodowcu w rejonie dawnego dworca PKS, druga w centrum Łomianek – własność Władysława Szymańskiego, trzecia również w Łomiankach kolonisty Wolfa, czwarta na „Górce Dziekanowskiej” i piąta w Czosnowie. Wszystkie miały mnóstwo pracy, tym bardziej, że poza kowalstwem zaczęły świadczyć także usługi spawalnicze i wulkanizatorskie. Najstarszą i najdłużej działającą, bo niemal do początków XXI wieku była w Łomiankach kuźnia Szymańskich. Założycielem owej kuźni pod koniec XIX wieku był nestor rodu, kowal z zawodu, pan Władysław Szymański, którego pragnieniem od początku było, by ten szlachetny i popłatny zawód pozostał jak najdłużej w jego rodzinie. Tak więc, gdy Władysław i Petronela Szymańscy zostają w 1905 r. rodzicami Antoniego a 26.lutego 1910 r. rodzicami Stefana, już od młodych lat sposobią ich do przejęcia po ojcu jego kuźni. W wieku 14-tu lat ojciec zatrudnia Stefana jako swojego pomocnika i przez następne 4 lata przekazuje tajniki kowalskiego fachu. Młody Stefan jest jednak bardzo ambitny i w 1928 r. uniezależnia się od ojca i wraz ze swym bratem Antonim zaczyna pracę na własny rachunek. Tu następuje zupełnie nie oczekiwane zjawisko, łomiankowska klientela dzieli się na dwie grupy, starsi zostają przy ojcu, zaś młodzi przechodzą do młodych. Młody kowal Stefan w 1934 r. wstępuje w związek małżeński z Agatą Baczkowską, z którego w następnych latach przychodzi na świat ich troje dzieci, Marian, Ewa i Stefania. Konkurujący ze sobą Szymańscy funkcjonują bezkonfliktowo przez 10 lat aż do 1939 roku, jednak ze spółki młodych Szymańskich odchodzi Antoni, który odkrywa w sobie powołanie handlowca i tuż przed wojną otwiera sklep spożywczy w Dąbrowie Leśnej. W 1939 r. pożar niszczy starą, drewnianą kuźnię w Łomiankach w związku z czym Stefan podejmuje decyzję o przeprowadzce. Obok Fabryki Resorów Dołęgowskiego i Jezierskiego tzw. „resorówki” w Prochowni, wydzierżawia działkę, stawia dom mieszkalny i buduje dla siebie nową, murowaną kuźnię. Wybuch wojny na krótko dezorganizuje pracę nowej kuźni. Po ustaniu działań wojennych Stefanowi jednak nie brakuje pracy, prócz realizowania bieżących zamówień oficjalnych, wykonuje również nielegalne zlecenia na zamówienia walczącego podziemia, dzieląc pod koniec wojny losy większości mieszkańców Łomianek. Po wojnie kuźnia rozpoczyna działalność w nowej rzeczywistości politycznej i gospodarczej, w której pełen in

Kuźnia Stefana Szymańskiego w Łomiankach

icjatywy, dobry rzemieślnik staje się podejrzanym i niezbyt lubianym przez państwo „prywaciarzem”. Dotyka to również Stefana, który nie tylko boryka się z trudnościami zaopatrzeniowymi ale ciągle broni przed władzami skarbowymi nastawionymi na ciągłe nękanie inicjatywy prywatnej. Jednak odbudowa Warszawy i ogromne zapotrzebowanie na transport konny, którym odgruzowywano zniszczoną Stolicę daje kuźni wiele pracy. Kto tylko miał w okolicy konia i wóz, chętnie zajmował się wozakowaniem, tym bardziej, że w „branży transportowej” co i raz rozchodziły się słuchy o pożydowskich skarbach odnalezionych w gruzach, zwłaszcza na terenie dawnego getta. Jak wspominał pan Stefan „dla kuźni był to okres prosperity, i pomimo,że pracowały non stop dwie kotliny, trudno było nadążyć z realizacją wszystkich zamówień”. Klienci na ogół nie mieli kłopotów z wypłacalnością ale zdarzały się przypadki kucia koni „na słowo”, rolnikom wiozącym swe płody na targ i regulującym należność dopiero w drodze powrotnej, po sprzedaniu towarów. Kowal Stefan Szymański był niezwykle ceniony nie tylko za swą życzliwość ale przede wszystkim za swą fachowość i nieprawdopodobne wyczucie materiału. Potrafił jak nikt inny połączyć ze sobą dwa kawałki metalu bez zastosowania nitów czy spawu, naprawiał i odtwarzał skomplikowane części maszyn, uprawiał kowalstwo konstrukcyjne i artystyczne. Warto wiedzieć, że wykonał jedną z krat w katedrze św,. Jana w Warszawie, elementy ozdobnego ogrodzenia na cmentarzu żołnierzy włoskich na Bielanach a także konstrukcję nośną kopuły na kościele św. Boromeusza na Powązkach i wiele innych. Dla niego nie było rzeczy niemożliwych. Tu trzeba dodać, że w swej pracy nie był samotny. Od początku, drugim filarem i „drugim po Bogu” był w kuźni pomocnik i zaufany szefa, pan Wacław Gryżewski z wielkim młotem i równie wielkim i łagodnym sercem. To właśnie jemu mógł pan Stefan zostawić na głowie cały interes, gdy choroba lub inne obowiązki zmuszały go do odejścia od kowalskiej kotliny. Przez szereg powojennych lat, znakiem rozpoznawczym pana Stefana był kupiony z demobilu jego wojskowy, poniemiecki samochód terenowy VW Kubelwagen zwany przez mieszkańców Łomianek „patelnią”. Był on wówczas na terenie Łomianek jednym z dwu samochodów (drugim był Willys p. Zaręby) i miejsce jego postoju natychmiast rzucało się w oczy, zdradzając gdzie aktualnie przebywa jego właściciel. Szczególną radość miała dzieciarnia, gdy kowal a później jego syn Marian zaprosił ich na krótką przejażdżkę owym wehikułem. Stefan nigdy nie odmawiał, gdy komuś potrzebny był transport samochodowy w ważnej, życiowej sprawie, nigdy także nie przyjmował zapłaty za wykonany kurs, co u wielu budziło zażenowanie i zrozumiałą wdzięczność. Tu dodajmy,że przez wiele lat, za przyzwoleniem kowala, na podwórku kuźni funkcjonował darmowy parking dla rowerzystów dojeżdżających do Warszawy autobusami PKS. Za te wszystkie dodatnie cechy charakteru, kowal Szymański i jego rodzina byli powszechnie lubiani, a w sprawach fachowych czy ludzkich zawsze liczono się z jego zdaniem.

Po za obiema charakterystycznymi dla kuźni postaciami, równie charakterystyczne dla tego miejsca były dwa elementy. Pierwszym, była widoczna na prawo od wjazdu na podwórku, spora góra rozmaitego żelastwa, z którego zawsze można był wybrać coś stosownego do wykonania aktualnego zamówienia. O wartości tego złomu może świadczyć często powtarzany w Rodzinie jako anegdota, pewien fakt. Otóż gdy jeden z nowych członków Rodziny zadeklarował w dobrej wierze, gotowość uprzątnięcia podwórka

Volkswagen Kuebelwagen

ze zbędnego szmelcu, zaintrygowany kowal poprosił o wskazanie o jaki szmelc chodzi. Gdy pokazano mu ową górę złomu, spokojnie stwierdził „kochany, to nie jest szmelc, to dla kowala jest MATERIAŁ”! Drugim elementem jaki pojawił się na przełomie lat 60/70 był wybudowany przez Fabrykę Wyrobów z Proszków Spiekanych, tuż przy budynku mieszkalnym państwa Szymańskich, ogromny zbiornik na sprężone powietrze do celów technologicznych fabryki. Sam zbiornik nie był uciążliwy, natomiast napełniający go powietrzem kompresor koszmarnie hałasował niczym startujący odrzutowiec, co mocno doskwierało nawet dalszym sąsiadom. Do dziś pozostaje tajemnicą jak się z tym dało żyć? Stefan Szymański – ostatni kowal z Łomianek przepracował w zawodzie 70 lat, co jest swojego rodzaju ewenementem. Jeszcze w 1989 r. stawał przy kowadle. Nawet później, gdy zdrowie już nie pozwalało, dzień zaczynał od wstania rankiem i otwarcia kuźni. W ostatnich latach swego życia nie podejmował się już co prawda poważniejszych prac, uważał jednak, że nie godzi się by kuźnia była zamknięta tylko z tego powodu, że on, kowal, czuje się trochę gorzej. Twardy, pracowity, o niezwykłym poczuciu obowiązku, taki był przez całe swoje pracowite życie i taki pozostał do końca w naszych wspomnieniach. Odszedł od nas 8 października 1993 r., i został pochowany na parafialnym cmentarzu w Kiełpinie, po starej kuźni brak śladu, a na jej miejscu kręci się już całkiem inny, współczesny biznes. Szkoda!

Kazimierz Medyński
(w opracowaniu wykorzystano notatkę S. Kurzawińskiego „Stefan Szymański – ostatni kowal z Łomianek” Gazeta Łomiankowska nr. 20 z 1993 r.)