Listopad jest miesiącem, w którym wspominamy zmarłych. Sięgając pamięcią lat dzieciństwa przypominam wyjątkowe znaczenie jakie dla społeczności Burakowian mieli państwo Lewandowscy. Małżonkowie Marianna i Tomasz Lewandowscy przybyli do Burakowa z niedalekich Powązek jeszcze przed I wojną światową. Do początku lat 30. XX w. prowadzili jedyny i pierwszy w Burakowie sklep, który mieścił się przy głównej ulicy w domu dzierżawionym od rodziny Brylaków. Sklep ten był zaopatrzony w najpotrzebniejsze na wsi artykuły spożywcze takie jak chleb, mąkę, cukier, kasze, jaja, masło i wędliny ale i niezbędną naftę do lamp. W prowadzeniu sklepu pomagali synowie Franciszek i Józef. Dla miejscowej ludności sklep ten był życiowym ułatwieniem. Ludzie nie musieli już po podstawowe produkty chodzić do sklepów w Łomiankach.

Ulica 11 Listopada 26, (murowany dom po prawej) 1953 r. (fot. Ryszard Bielawski, zdjęcie fotopolska.eu)

Dzierżawiony lokal w domu Brylaka nie posiadał dostatecznego zaplecza dla coraz lepiej zaopatrzonego sklepu. Ponadto państwo Lewandowscy postanowili sami wyrabiać wędliny. W tym celu zakupili w 1932 r. położony po sąsiedzku plac od Marianny Miecznikowskiej i w ciągu 2 lat wznieśli murowany, piętrowy dom, którego lokale na parterze przeznaczone zostały na sklep. W sklepie tym, odpowiednio wyposażonym były dwa działy – ogólnospożywczy i mięsno-wędliniarski.

W podwórzu za domem wybudowany został osobny budynek, w którym mieściła się masarnia. Wyposażona była w specjalne kotły do gotowania oraz palenisko do wędzenia wędlin. (Budynek dawnej masarni przebudowany na garaże oraz dom [ nr 26], w którym mieścił się sklep stoją do dziś i zamieszkują go wnukowie i prawnukowie pierwszych właścicieli).

W sklepie był ruch, szczególnie w piątki i soboty. W dziale wędliniarskim na nierdzewnych hakach wisiały świeże, pachnące wyroby – kiełbasy: krakowska, cytrynowa, szynkowa i sucha oraz wszelkiego rodzaju podrobowe, do których zaliczane były różnego gatunku salcesony: włoski, brunszwicki, ozorkowy i czarny. Do najtańszych należały kiszka pasztetowa i podrobowa. Na metalowych tacach leżały rumiane szynki, balerony i polędwice. Przysmakiem była dymiąca gryczana kaszanka, prosto z kotła. Mięso donoszone z chłodni, było na życzenie mielone na miejscu. Za ladą stali właściciele oraz synowa pani Janina, którą szczególnie wszyscy lubili. Była ona piękną kobietą, delikatną w obejściu. Była żoną młodszego syna Józefa i matką jego trojga dzieci. Zmarła po niespodziewanej chorobie mając zaledwie 31 lat.

Sklep Lewandowskich to nie tylko wygoda i zaopatrzenie Burakowa ale również dzięki postawie jego właścicieli to także szansa przeżycia dla wielu biednych rodzin wyrobników, którzy mieli tylko pracę sezonową. Dzięki wielkoduszności Marianny i Tomasza Lewandowskich wiele rodzin, zwłaszcza w zimie, dokonywało zakupów na tzw. zeszyt czyli na kredyt. Pani Marianna znała sytuacje materialną tych rodzin i starała się pomagać tej społeczności, wśród której żyła. Nigdy nie odmawiała kredytu, choć nie miała żadnej gwarancji zwrotu pożyczki. To zawierzenie rodzinom Burakowa było czymś niezwykłym, altruistycznym. Pozostała w naszej pamięci jako cicha dobrodziejka wielu rodzin.

Kolejnym przedsięwzięciem małżonków Lewandowskich, związanym zresztą z produkcją masarską i sklepem, było wybudowanie własnej lodowni. Pokolenia powojenne wychowane w dobie lodówek nie są w stanie zrozumieć jak potrzebny był lód dla konserwacji mleka i żywności, zwłaszcza w lecie. Choćby lody, które w lecie zawsze stanowiły przedmiot pożądania zarówno dzieciarni jak i dorosłych kręcono w bańkach obłożonych lodem. Posiadanie lodowni było małym przedsięwzięciem. Dawało skromny dochód dostawcom lodu oraz zarobek właścicielowi lodowni. Bryły lodu wyrąbane na jeziorach i Wiśle podczas srogich zim dostarczali do lodowni okoliczni gospodarze. Składano je w rozległym pomieszczeniu zagłębionym w ziemi i przekrytym daszkiem, którego krokwie oparte były o poziom terenu, a pokrycie stanowiła gruba warstwa słomy i papy.

Następna inwestycja w podwórzu Lewandowskich była dobrodziejstwem dla kobiet z Burakowa. Był nią magiel umieszczony w drewnianej przybudówce przystawionej do budynku masarni. I znów trzeba przypomnieć, że z prądu elektrycznego korzystali tylko najbogatsi. Większość gospodyń do prasowania używała żelazka na duszę czyli żelazny wkład, który trzeba było w palenisku na żarach rozgrzewać do czerwoności. Takie żelazko szybko stygło i co rusz trzeba było powtarzać operację. Magiel wielu gospodyniom ułatwiał życie. Wymaglowaną, lśniącą bieliznę, gładką jak papier można było bez prasowania układać w szafie lub komodzie.

Samo maglowanie nie było takie proste. Od umiejętności nawinięcia bielizny na wałek zależał cały efekt pracy. Marianna Lewandowska instruowała początkujących jak nawijać na wałek, obciągać i odpowiednio unieść tę stronę drewnianej obciążonej kamieniami skrzyni, pod którą miał się przesuwać wałek.

Małżonkowie Lewandowscy oprócz własnej trójki dzieci przyjęli do swego domu i traktowali jak rodzoną córkę – sierotę Agatę Bączkowską. Została ona później żoną ostatniego łomiankowskiego kowala Stefana Szymańskiego.

To krótkie wspomnienie o rodzinie Lewandowskich jest naszym długiem wobec tych ludzi, którzy tak wiele dali od siebie choćby takiego dobra, które się długo pamięta. Był tylko zeszyt i ołówek żeby wpisać: chleb, masło, wędlinę, tłuszcz. Na kredyt, na „poczekaj” aby ci co pod jednym niebem mieszkali nie byli głodni. Marianna i Tomasz Lewandowscy pochowani są na cmentarzu w Kiełpinie. W testamencie wyrazili wolę, aby ich ciała spoczęły wśród społeczności, w której żyli i pracowali dla siebie, swych dzieci i dla mieszkańców Burakowa.

Magiel skrzyniowy tzw. angielski poruszany silnikiem

Dwa drewniane wałki z odpowiednio nawiniętą bielizną układano na idealnie wypolerowanym stole. Po wałkach przesuwano bardzo ciężką (500 – 800 kg.) skrzynię, której dno było od spodu również bardzo gładkie. Przesuwanie skrzyni po wałkach w jedną i drugą stronę odbywało się za pomocą koła zamachowego.

Pola Urbaniak