Warto tu przypomnieć sylwetki dwóch nieżyjących już mieszkańców Burakowa, którym miejscowa ludność, jak też mieszkańcy Łomianek, Dąbrowy i Młocin zawdzięczają swe zdrowie i życie. Wspominając wydarzenia II wojny światowej opisujemy bohaterstwo żołnierzy i cywilnej ludności w walce z wrogiem ojczyzny. Zapominamy o bohaterach pierwszych dni odzyskanej wolności – o saperach. Dla nich pierwsze miesiące wiosny 1945 r. były czasem wytężonej pracy grożącej utratą zdrowia, a nawet życia. Takimi lokalnymi bohaterami, którzy ratowali życie innych narażając własne, byli Mikołaj Liszewski i jego 16-to letni syn Stefan.

Jak wielu starszych mieszkańców pamięta, od sierpnia 1944 r. Niemcy budowali okopy i stanowiska w podwarszawskich wioskach położonych nad Wisłą i ostro ostrzeliwanych przez stacjonującą na praskim brzegu Armię Radziecką. Sowiecka artyleria wspomagana lotnictwem atakowała miejsca umocnień niemieckich. W Burakowie i Łomiankach wojsko wroga zajmowało poszczególne posesje włościan. Żołnierze stacjonowali po domach, zwozili działa i skrzynie z amunicją i ustawiali między zabudowaniami gospodarskimi. Przy pomocy robotników pozyskanych w łapankach budowali bunkry i kopali okopy. Gdy życie na linii frontu trudne było do wytrzymania, w październiku zarządzili wysiedlenie cywilnej ludności. Mieszkańcy Młocin, Burakowa, Łomianek, Kiełpina opuścili swoje domostwa pieszo z tobołkami na plecach lub jakim kto miał wozem konnym. Szli w nieznane jak najdalej od walk frontowych. Większość przetrwała do końca wojny w niezbyt odległych, pod puszczańskich wioskach i miejscowościach, gdzie szczęśliwie doczekali wyzwolenia. Styczniowe mrozy chwilowo powstrzymywały wysiedleńców od powrotu na swoje. Gospodarze zaczęli ściągać do wiosek wczesną wiosną, gdy trzeba było zaczynać najpotrzebniejsze prace w polu. Obejścia, które znalazły się na linii frontu lub w jego sąsiedztwie, przedstawiały okropny widok. Zabudowania rozbite, wypalone, w dachach dziury i pozwalane kominy. Pościnane dachy stodół leżały jak czapy na ziemi. Wnętrza domów zrujnowane. Wszędzie brakowało szyb. Drewniane futryny, drzwi i podłogi powyrywane, piece rozebrane. Na podwórzach doły po okopach i pociskach, leje po bombach. Ale najgorsze były miny i niewypały – ukryte, niewidoczne, czyhające na swe ofiary.

W pierwszych dniach powrotu zginął nad skarpą wiślaną koń gospodarza – biegnąc zahaczył nogą o minę pancerną. Został rozszarpany. Tego samego dnia schodził skarpą mieszkaniec Jan Urbaniak. Nieopatrznie wszedł na minę i zginął na miejscu. Od miny na terenie ss. Niepokalanek zginął też polski żołnierz, który wracał ranny z terenu Rosji. Ponadto od min zostali ranni Zdzisław Laskowski i jego brat stryjeczny Leszek Laskowski.

Tymczasem do Burakowa wrócił z tułaczki Mikołaj Liszewski wraz z rodziną. Służył on w wojsku jako saper. Wstrząśnięty wypadkami, które miały miejsce, postanowił pomóc okolicznej ludności. Wykonał własnoręcznie przyrząd do wykrywania min i przystąpił do akcji lustrowania całego terenu i wykrywania, gdzie w ziemi czyhają miny. Do pomocy wziął własnego syna Stefana. Praca wymagała wielkiej odwagi, skupienia i ostrożności. Szukanie min i pocisków, a następnie ich rozbrajanie i unieszkodliwianie stwarzało w każdej chwili niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Ceniono je sobie wysoko zwłaszcza po szczęśliwie przebytej wojnie. Mikołaj miał 48 lat i na utrzymaniu dużą rodzinę – 3 synów i tyleż córek, miał dla kogo żyć. Jednakże nie wahał się, gdy proszono go np. o sprawdzenie miejsc gdzie gromadzili się ludzie. Na życzenie ks. proboszcza Franciszka Romanowskiego oczyścił teren przed kościołem parafialnym i plebanią w Łomiankach. Już później jego syn Stefan został jednakże ofiarą wojny. Podczas wybuchu pocisku, nie wiadomo czy rozbrajanego, czy też przypadkiem naruszonego, został trwale okaleczony. Wypadek ten zaważył tragicznie na reszcie jego życia. Doznał oszpecenia całej twarzy. Przeprowadzona operacja uratowała mu życie, ale nie odzyskał urwanego nosa, zeszpecone usta i powieki. Ślady trwałego inwalidztwa twarzy położyły się cieniem na jego psychice. Zmarł w 1964 r. mając zaledwie 35 lat. Jego ojciec Mikołaj przeżył syna Stefana o sześć lat, zmarł 22 maja 1970 r. Obaj pochowani są na cmentarzu parafialnym w Kiełpinie.

Pola Urbaniak, Ewa Pustoła-Kozłowska