Stanisław Baran, 1939 r.

Niema w kalendarzu miesiąca, w którym nie działyby się jakieś istotne dla naszej historii wydarzenia. Z upływem lat daty te jednak bledną zdominowane przez sprawy bieżące, a przeszłość jedynie przez historyków kwitowana zostaje kolejną książką, czasami znaczona pomnikiem lub zbiorem pamiątek gromadzonych w muzeach. Najłatwiej pamiętamy, o tym co niezbyt odległe ale bywają zdarzenia i ludzie zapadający w pamięć na trwałe. W Łomiankach do takich wydarzeń możemy zaliczyć udział naszych mieszkańców w konspiracji i Powstaniu Warszawskim, bowiem od początku okupacji wiele osób czynnie zaangażowało się w podziemną walkę z Niemcami. Mówiąc o zaprzysiężonych członkach organizacji zbrojnych, już w połowie 1940r. ich liczbę oceniono na ok. 400 osób a dodając rodziny i niekoniecznie zorganizowanych, ale czynnie wspierających działania konspiracyjne, śmiało można uznać, że niemal w każdym tutejszym domu ktoś znalazł się w konspiracji. Czas płynie nieubłaganie i niebawem podczas rocznicowych uroczystości w naszych miejscach pamięci zabraknie tych, jakże często lekceważonych przez młodsze pokolenie, przepasanych szarfami weteranów ze sztandarami w drżących dłoniach. Kto dziś w tych sędziwych, schorowanych ludziach, którym nie rzadko brak środków na leki, dojrzy niedawnych chwatów zwartych w śmiertelnych zapasach ze znienawidzonym najeźdźcą? Szanujmy ich póki jeszcze są wśród nas, nie lekceważmy uroczystości z ich udziałem, ale pamiętajmy także o tych którzy już odeszli. Oczywiście najlepiej pamiętamy tych, których znaliśmy za życia, nie mniej poznanie drogi życiowej już nieobecnych, bywa czasem niezwykle fascynującym odkryciem. Ile istnień, tyle historii , tyle przeżyć mniej i więcej ważnych, ciekawych i prozaicznych, a co istotne, dotyczących ludzi jeszcze wczoraj żyjących obok nas, ludzi których widywaliśmy niemal codziennie, nie zdając sobie często sprawy, że mijamy na ulicy autentycznego bohatera. Niewątpliwie do takich należał dobrze znany i do dziś pamiętany, mieszkaniec Burakowa, a potem Dąbrowy Leśnej, mjr. Stanisław Baran. Stanisław Baran urodził się 28.02.1914 r. w Rzeczycy powiat Rawa Maz. jako jedno z pięciorga dzieci ojca Szymona i matki Joanny z Michalskich. Ojciec pracował jako koniuszy w majątku ziemskim, to też miłość do koni, a także umiejętność jazdy konnej mały Staś posiadł od najmłodszych lat. Sztuka jeździecka przydała mu się bardzo w czasie partyzantki, a fascynacja tymi pięknymi zwierzętami pozostała aż do końca życia, czyniąc zeń po wojnie stałego bywalca służewieckiego toru. Trudne warunki materialne wielodzietnej rodziny sprawiły, że po skończeniu Szkoły Powszechnej w Rzeczycy, ojciec postanowił nauczyć go jakiegoś zawodu, by pracujący syn mógł dodatkowo zasilić szczupły, domowy budżet. Wybór padł na murarkę. Na początku lat trzydziestych powołany zostaje do służby czynnej w Wojsku Polskim, a po dwu latach postanawia pozostać w nim jako podoficer zawodowy w stopniu kaprala. Ponieważ służył w niedalekich składach amunicyjnych w Palmirach, bywał więc częstym gościem na niedzielnych potańcówkach jakie nasza straż pożarna pod wodzą Feliksa Bentyna i Antoniego Bogdańskiego, urządzała w łomiankowskiej remizie. Tu poznał swą przyszłą małżonkę pannę Stefanię, córkę sołtysa z Burakowa Jana Matuszewskiego. Uroczysty ślub miał miejsce w 1938 r. w tutejszym kościele św. Małgorzaty, gdzie o paradną oprawę zadbali koledzy z wojska, tworząc nad głowami wychodzącej młodej pary, długi szpaler obnażonych szabli. Ponieważ panna młoda dostała w wianie kawałek ziemi w Dąbrowie Leśnej, biegły już wówczas w sztuce murarskiej Stanisław, niezwłocznie przystąpił do budowy domu mieszkalnego, który do wybuchu wojny zdążył podciągnąć na wysokość I-go piętra bez dachu. Od początku bierze czynny udział w kampanii wrześniowej lecz pod naporem sił niemieckich cofa się z wojskiem ku granicy rumuńskiej z zamiarem opuszczenia kraju. Perspektywa, internowania, emigracji, opuszczenia rodziny i pozostawienia jej w okupowanym kraju, budzi w nim głęboki sprzeciw, więc nie zdejmując munduru i nie porzucając broni, postanawia wraz z czterema innymi kolegami, spod samej granicy wrócić do Warszawy. Wynajętą furmanką, klucząc polnymi drogami wśród wojennego rozgardiaszu, wymieniając kilkakrotnie ogień z sowieckimi patrolami, dostaje się na tereny zajęte przez Niemców i już przebrany, po cywilnemu dociera wreszcie do swej rodziny w Burakowie. Kapral Stanisław Baran, jak wielu innych uczestników przegranej kampanii wrześniowej znalazł się w gronie tych żołnierzy, dla których dalsza walk z najeźdźcą, lecz już w warunkach konspiracji, stanowiła patriotyczny obowiązek wobec zniewolonej Ojczyzny. Po ustaniu działań wojennych, nie zwlekając, podejmuje poszukiwania podobnie myślących w swoim otoczeniu, nawiązuje kontakty z niedawnymi towarzyszami broni, bacznie śledząc inne zalążki ruchu oporu. Nie czekając na żadne odgórne polecenia czy rozkazy, już na przełomie 1939/40r. pod pseudonimem „Wacław”, zaczyna na terenie naszej gminy zakładać najmniejsze konspiracyjne ogniwa ruchu oporu tak zwane „trójki”, a po nich „piątki”, nawiązuje kontakt z rodzącym się w Pruszkowie Związkiem Walki Zbrojnej, zostaje jednym z pierwszych organizatorów tutejszej, konspiracyjnej komórki przyszłej Armii Krajowej. Współpracując z powstającym równolegle na terenie Burakowa i kierowanym przez Kazimierza Zawitaja ogniwem Organizacji Polska Niepodległa, zachęca innych, niezaangażowanych dotąd znajomych do pracy w konspiracji, na rzecz odzyskania utraconej niepodległości. Organizuje akcje poszukiwania, gromadzenia i konserwacji broni, dba o jej należyte ukrycie i przechowanie, buduje siatkę rozpoznania i łączności. W połowie 1940r. zaistniały warunki by luźne dotąd grupki konspiratorów zacząć scalać w poważniejsze struktury podziemnej armii. Warszawskie władze ZWZ wyznaczają na dowódcę miejscowego rejonu porucznika Niedzielskiego „Andrzeja”, zaś ten rozkazuje tutejszym organizatorom, w ich liczbie „Wacławowi”, stworzenie pełnych drużyn, plutonów i kompanii. Po roku pracy powstały dwie pełne kompanie i zalążek trzeciej. Druga kompania, dowodzona przez por. Józefa Kapuścińskiego „Rekina”, /później por. „Gniewa”/ rekrutowała się z żołnierzy pochodzących z terenu obecnej gminy Łomianki i składała z trzech plutonów. Kpr.Stanisław Baran „Wacław” został mianowany dowódcą drugiego plutonu. W tym czasie Niemcy nakazują ówczesnemu wójtowi gminy Młociny przeszkolenie ludności w zakresie biernej obrony przeciw lotniczej i przeciw pożarowej. Wójt Strumwiłło, nasz człowiek, w porozumieniu z podziemiem, powierza to zadanie „Wacławowi”, który wykorzystując zaistniałą okazję, w biały dzień, na oczach Niemców, pod pozorem nakazanych ćwiczeń prowadzi regularne szkolenie wojskowe swojego oddziału. Niestety, charakter tych ćwiczeń nie pozostawiał wątpliwości co do ich treści, to też zaprzyjaźniony z teściem „Wacława”, Janem Matuszewskim, kolonista Andrzej Byschoff uprzedza go o zainteresowaniu owymi ćwiczeniami ze strony żandarmerii. Ostrzeżony „Wacław” nie zaniechał jednak ćwiczeń, lecz schodzi z nimi z oczu ciekawskich, przenosząc zajęcia do lasu na Łuże koło Dąbrowy i wystawiając za każdym razem odpowiednie ubezpieczenia. Wymagało to od dowódcy niezwykłej czujności, bowiem i tu mogło dojść do niechcianego spotkania z łażącymi po lesie kolonistami. O jednym takim przypadku opowiedział „Wacław” J. Krzyczkowskiemu „Szymonowi”, gdy zbierał on materiały do swojej książki. Otóż w połowie 1942 r. gdy, „Wacław” ćwiczył na Łużach z oddziałem marsz zbliżania w ogniu artylerii, usłyszał z dala stukot siekiery, co było znakiem ostrzegawczym od wystawionego ubezpieczenia. Po wydaniu oddziałowi komendy „padnij” wybiegł na wzgórek, z którego zobaczył uzbrojony oddział tutejszych kolonistów pod wodzą Henryka Korzanowskiego, zamierzających także ćwiczyć w tym samym terenie. Oczywiście ćwiczenia natychmiast przerwano, oddział rozproszono, a żołnierze pojedynczo, szczęśliwie wrócili do swych domów. W tym czasie zaczęli pojawiać się na naszym terenie zbiegli z obozów sowieccy jeńcy wojenni, dążący lasami na wschód. Wisła była dla nich poważną przeszkodą, to też na rozkaz dowództwa VIII Rejonu „Wacław” zostaje jednym z organizatorów akcji przerzutowej. Wspólnie ze swym teściem Janem Matuszewskim, Kazimierzem Zawitajem „Witem”, Stefanem Majewskim „Mścicielem” i kilku innymi osobami wspomagającymi, organizują siatkę przechwytującą jeńców, zanim wpadną oni w ręce Niemców. W kilku domach urządzają punkty zborne, gdzie jeńcy odpoczywają, myją się i golą, dostają posiłek, cywilne odzienie, zaopatrzenie na drogę, a niekiedy nawet fałszywe dokumenty. Organizują również przewoźników, którymi zostają głównie burakowscy rybacy, wśród nich najbardziej ofiarni Jan Kaczyński „Rybak” i Eugeniusz Wyszyński „Zawiślak”. W ten sposób udaje się przerzucić przez Wisłę około 58 jeńców, nie licząc wielu uciekających z getta Żydów. Na początku 1943 r., na skutek zdrady jednego z żołnierzy 2-giej kompanii, Władysława Rychlika z Prochowni, dochodzi do aresztowań wielu żołnierzy burakowskiej komórki AK. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, żandarmom nie udaje się pochwycić „Wacława”, lecz od tej chwili jest już spalony i musi ukrywać, ponieważ jego nazwisko widnieje wraz z innymi na liście gończym rozwieszonym na wszystkich posterunkach granatowej policji GG. Pod zmienionym nazwiskiem, jako Linkowski z zawodu szklarz, ukrywa się u swojej siostry na Targówku, lecz tuż przed powstaniem wraca do Burakowa. W dniu 1-go sierpnia 1944r. „Szymon” wydaje rozkaz koncentracji na wzgórzu 103 na Łużach. „Wacław” wprawdzie zdążył przed godziną „W”, ale większość jego żołnierzy na skutek późnego dotarcia rozkazu i trudności z wydobyciem broni z ukrycia przybywa z dużym opóźnieniem. Pomimo szczupłych sił, pada rozkaz zaatakowania bielańskiego lotniska. Kapral Baran na czele swego niepełnego plutonu bierze udział w natarciu, lecz po zaciętej bitwie, ulegając przewadze ogniowej przeciwnika wraz z innymi oddziałami wycofuje się do lasu w rejon wzgórza 103. Drugiego sierpnia, miejscowe oddziały wsparte przybyłymi z Wierszy oddziałami por. „Doliny” ponownie nacierają na lotnisko, lecz także bez rezultatu. Na polach zajętych obecnie przez Hutę Lucini ginie 36 leśnych żołnierzy, wśród nich jeden z dowódców zwiadu konnego „Doliny”, Mieczysław Dolecki. Ponieważ „Wacław” umiał jeździć konno i dobrze poznał puszczę służąc w Palmirach, por. „Dolina” awansuje Barana na plutonowego i mianuje dowódcą I-go plutonu zwiadu konnego, którym dowodzi ppor. Józef (Stanisław) Bazarowski „Lis”. Zwiad pod koniec powstania rozrasta się do siły szwadronu i stanowi najbardziej ruchliwy oddział w całej Puszczy, od którego w dużej mierze zależy bezpieczeństwo pozostałych pododdziałów. Zwiad pierwszy wykrywał zagrożenia ze strony nieprzyjaciela, śledził jego ruchy, oceniał siły, penetrował teren po walkach i choć trzon zwiadu stanowili „doliniacy” w skład oddziału wchodzili także miejscowi, jak choćby 16-to letni wówczas Wojciech Makólski „Jeż”, syn Zygmunta i Ireny Makólskich z Łomianek, czy dzielny Żyd z Woli, Bolesław Kulik „Tramwajarz”, ślący po wojnie z Beer Shevy w Izraelu do swego dowódcy „Wacława” wzruszające listy. We wspomnieniach „Wacława” najbardziej utkwiły jednak nocne patrole, a zwłaszcza osłona leśnych zrzutowisk, nad które nadlatywały alianckie samoloty z zaopatrzeniem dla walczącej Warszawy. Służba zwiadowcza nie wykluczała jednak aktywnego udziału w walkach, jak choćby pod Mariewem, Sowią Wolą, Piaskami, czy Baranowem, gdzie dawał dowody wielkiego poświęcenia i żołnierskiej odwagi. Po rozbiciu Grupy Kampinos pod Jaktorowem, „Wacław” przedostaje się do lasów w rejonie Przysuchej, gdzie nadal walczy do połowy listopada 1944 r. Po zwolnieniu z oddziału udaje się do Rzeczycy, gdzie czeka na niego wcześniej przybyła z Burakowa rodzina. W styczniu 1945 r. rozkazem Komendanta Sił Zbrojnych na Kraj nr.34/K cz. II zostaje mianowany na stopień podporucznika i jednocześnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Po wojnie Baranowie wracają do Burakowa, Stanisław powoli kończy w Dąbrowie budowę domu, służącego wcześniej Niemcom za stajnię i jako majster murarski podejmuje pracę przy odbudowie Starówki. W tym czasie kończy Technikum Budowlane dla pracujących Równolegle z pracą zawodową rozpoczyna działalność społeczną w związkach kombatanckich, najpierw w ZBoWiD (prezes Koła od 1957 do 1990) a później w Światowym Związku Żołnierzy AK, pełniąc szereg ważnych funkcji, zwłaszcza w kole środowiskowym Grupy Kampinos. Jednym z istotnych dla naszego miasta przedsięwzięć, było skuteczne wsparcie jakiego udzielił S. Baran wraz z kombatantami, inicjatywie Ryszarda Szcześniaka zmierzającej do upamiętnienia strąconej nad Dziekanowem, załogi amerykańskiej „latającej fortecy” B-17G . Dzięki tym działaniom, powstał na cmentarzu w Kiełpinie pomnik lotników amerykańskich odsłonięty 21,09,1986r. Za swe wojenne zasługi poza wymienionym Krzyżem Walecznych, został odznaczony dwukrotnie Krzyżem Polonia Restituta , Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Partyzanckim, Medalem za Warszawę, Medalem Zwycięstwa i Wolności, Odznaką Grunwaldzką, a pod koniec życia awansowany do stopnia majora WP. Zmarł 05.03.2005 r. i został pochowany na cmentarzu kiełpińskim.

Kazimierz Medyński