Apolonia Urbaniak wspomina Mamę:

mama-poli-urbaniak_fot-ze-zbiorow-rodziny mleczarka-z-obrazu-gierymskiego_fot-grafika-google banki-na-mleko_fot-grafika-google

Dawniej kobiety związane z gospodarstwem wiejskim, poza ciężką pracą w obejściu, zarabiały jako mleczarki.

Rzadko która osoba powojennego pokolenia pamięta, że zanim zaczęliśmy kupować mleko w kartonach, a przedtem znajdować pod drzwiami w wystawianych poprzedniego wieczoru butelkach, mleko, takie prosto od krowy, dostarczały mleczarki. Były to wiejskie kobiety z podwarszawskich wsi, które dowoziły mleko dźwigając je na plecach w olbrzymich metalowych bańkach. Przed wojną oraz długo jeszcze po wojnie, dostarczaniem świeżego mleka, głównie na Bielany i Żoliborz zajmowała się armia kobiet, żon i córek gospodarzy  z Młocin, Łomianek, Kiełpina.

Mleczarką była też moja Mama – Marianna Liszewska z domu Karczmarczyk. Przez 65 lat, (do 1984 r.) dostarczała wiejskie mleko do swoich pań mieszkających na Żoliborzu.

We wspomnieniach z dzieciństwa widzę jak w mym rodzinnym domu o wpół do czwartej rano wstawały babcia i mama. W kuchni zapalało się światło, słychać było stukanie fajerkami na piecu, co chwila otwieranie i zamykanie drzwi.

Najpierw odbywało się dojenie czterech krów, następnie znoszenie z piwnicy wiader z mlekiem z wieczornego udoju i przecedzanie do przygotowanych 12-to litrowych baniek. Dobrze zamknięte bańki były po trzy stawiane na dużą, kwadratową płachtę z płóciennej surówki. Na środek płachty mama kładła jakiś grubszy podkład, żeby spód baniek nie poprzecierał materiału oraz nie wpijał się w plecy. Bańki były mocno wiązane, a na wystające końce był dowiązany półlitrowy metalowy kubek stanowiący miarę przy nalewaniu mleka u klientów. Ten ciężki tłumok wędrował na brzeg stołu, aby można było łatwiej ułożyć go na plecach, a końce płachty zawiązać z przodu pod brodą. Często, dla przeciwwagi, z przodu dowiązywana była jeszcze jedna mniejsza – cztero lub sześciolitrowa bańka. Mama ubrana w płócienkowy fartuch i chustkę na głowie, z ciężkim bagażem na plecach, szła pieszo z Burakowa w kierunku małej stacji kolejowej o nazwie Pancerz (przy obecnej ul. Pancerz) . Przed wojną od Dworca Gdańskiego do Janówka kursował pociąg wożący robotników, nadzór techniczny i materiały budowlane. Pociąg posiadał skład osobowy i odkryte wagony towarowe. Z pociągu tego korzystali mieszkańcy wiosek, którzy dojeżdżali do pracy i szkół w Warszawie. Jadąc od dworca Gdańskiego maszynista zatrzymywał się na Słodowcu , następny przystanek zwany DPO był w Młocinach przy dworku dziedziczki Młocin – Zofii Roesler, kolejny był w Burakowie przy Pancerzu, a ostatni w granicach Dąbrowy.

Podczas wakacji często wychodziłam po mamę na stację i czekałam na pociąg, który pojawiał się w południe. Maszynista dawał sygnał przeciągłym gwizdem, wypuszczał kłęby pary, a z komina kłęby dymu, który rozchodził się po zagajniku i pozostawiał specyficzny zapach spalenizny. Z pociągu wysiadało kilka osób i moja mama z pustym bagażem na plecach. W kosałce były zakupy: chleb i bułki z piekarni Ostrowskiego, masło w osełkach, wędlina, mięso kupione w żoliborskich sklepach. W jednej z baniek były zawsze owoce stosownie do sezonu. Moje ulubione były gruszki, jabłka kosztele i śliwki węgierki. Zawsze pomagałam nieść bańkę z owocami. W domu odbywało się wyjmowanie zakupów. Babcia wszystko układała na swoje miejsce. Mama odwiązywała duży płócienny fartuch, w którego kieszeniach pobrzękiwały srebrny i niklowy bilon. Babcia w tym czasie przygotowywała gorącą białą kawę do świeżego pieczywa z masłem lub wędliną. Po posiłku była drzemka a potem codzienne gospodarskie zajęcia – udój mleka, obiad i dalej praca w polu, aż do wieczora.

Podczas okupacji niemieckiej mleczarki nie rezygnowały z dowozu mleka do Warszawy. Mimo, że obowiązywał kontygent dostaw dla Niemców, zawsze znalazły się „nadwyżki” , które odstawiano do miasta.

Po likwidacji kolei mleczarki pieszo lub wozami konnymi przewoziły mleko, nabiał, drób, olej rzepakowy. Niebezpieczna była „wacha” czyli niemiecki posterunek kontrolny na wysokości obecnej ul. Muzealnej. Żołnierze niemieccy często kontrolowali wozy i zabierali przewożony towar. Zabierali też mleczarkom bańki z mlekiem. Naczynia można było po kilku dniach odebrać. Mleczarki w określone dni omijały wachę . Wędrowały pieszo nad Wisłą przez bielański las, dolny Marymont dochodziły do ul. Potockiej.

Nie zrażały się trudnościami, wiedziały, że na wiejskie mleko czekają dziesiątki rodzin żoliborskich. Doskonale znały żoliborskie kolonie przy ul. Słowackiego nazywane „Szklane Domy”, „Domy Nauczycielskie” przy ul. Cieszkowskiego i „Zimowe Leże” bloki z mieszkaniami rotacyjnymi dla samotnych rodzin.

Mleczarki, piaskarze, wikliniarze, flisacy i rybacy to przykłady tradycyjnych wiejskich zajęć, które wyparła już ze wsi współczesna cywilizacja.