Kazimierz Medyński, fot. 1945 r.

W Łomiankach, a ściślej w Dąbrowie Leśnej, zamieszkałem wraz z rodzicami w kwietniu 1944 r. mając zaledwie 8 lat. Opuszczając warszawskie mieszkanie nikt z nas nie przypuszczał, że nigdy do niego już nie wrócimy. Wówczas dorastało się znacznie szybciej, zwłaszcza gdy połowa młodego życia wypełniona była wyłącznie wojną, obrazami śmierci i zniszczeń, ciągłą obawą przed utratą rodziców, pytaniem czy będziemy dziś coś jedli, trwogą, gdy nadlatujące bomby i pociski wybuchały coraz bliżej i bliżej. Gdy dziś sięgam do wspomnień z tamtych lat, wiele zdarzeń nabiera znów barw i choć po latach trudno zachować ścisłą chronologię, jestem zaskoczony ilością zapamiętanych szczegółów.

To były bardzo długie wakacje. Zimą 1944 roku, jeden miesiąc nauki na prywatnych „kompletach” na warszawskim Powiślu, aresztowanie nauczycielki, przyjazd do Dąbrowy, a tu w perspektywie kolejne, okupacyjne lato. Nic dziwnego, że niemieckie uzbrojenie poznałem wcześniej niż tabliczkę mnożenia. W porównaniu z okupowaną Warszawą, Dąbrowa jawiła się jako oaza spokoju, a bliska, namacalna obecność partyzantów dawała złudzenie pobytu w wolnej Polsce.

Pamiętam jak wielkie wrażenie wywarł na mnie widok dwu uzbrojonych, konnych partyzantów, którzy co jakiś czas przyjeżdżali wczesnym rankiem po chleb wypiekany potajemnie przez naszego sąsiada pana Michalaka w domu przy ul. Żywicznej 36. Pamiętam jak z jakim przejęciem wbijałem wzrok w obandażowane postacie rannych, dla których w ówczesnym pensjonacie Stowarzyszenia Urzędników Państwowych przy ul. Pionierów, zamienionym w szpital polowy Grupy Kampinos, odprawiał Mszę św., przyjeżdżający konno z Puszczy kapelan (prawdopodobnie był to ksiądz Baszkiewicz ps.„Radwan II”).

Ul. Żywiczna 34. Kantyna oficerów sztabu gen. Bernhardta podczas likwidacji Grupy Kampinos (akcji „Sternschuppe” czyli „Spadająca Gwiazda”)

O niedzielnych mszach wiedzieli tylko nieliczni wtajemniczeni mieszkańcy, dla mnie jednak wówczas większym magnesem były następujące po nich kulturalno-patriotyczne spotkania z ludźmi kultury jak np. występy znanego tenora Michała Szopskiego, czy gawędy Jerzego Waldorffa, który przez jakiś czas mieszkał latem 1944 r. przy ul. Żywicznej 29 w domu państwa Zakrzewskich (rodziców znanego później dziennikarza Jana Zakrzewskiego).

Letnie dni przerywane pojedynczymi strzałami w lasach, biegły leniwie, a narastający za Wisłą daleki pomruk artyleryjskich dział zwiastował zbliżanie frontu. Pod koniec lipca ten względny spokój zakłócony zostaje niespodziewanym pojawieniem się przed pensjonatem niemieckiej ciężarówki z częściami do czołgów. Dwaj żołnierze ze stacjonującej w Wólce Węglowej ochrony bielańskiego lotniska zgubili drogę i pytali jak dojechać do Kazunia. Z pensjonatu wybiega zaniepokojona ochrona partyzanckiego szpitala z chorążym „Rybitwą” (Kazimierzem Kozłowskim) na przedzie. Widząc zaskoczenie lotników kieruje ku nim lufę swego pistoletu – „oddajcie broń, jesteście w naszych rękach!”. W tym momencie pada martwy, ścięty serią niemieckiego automatu, następuje bezładna strzelanina, lotnicy dają drapaka w las zostawiając samochód.

Ogłoszono alarm! Następuje natychmiastowa ewakuacja szpitala zdobycznym samochodem w głąb puszczy. Widzę jak trzej zdenerwowani mężczyźni pośpiesznie zakopują coś na sąsiedniej działce tuż przy naszym ogrodzeniu. Wiadomo, szkopy nie darują, wrócą po samochód, będzie odwet, może nawet pacyfikacja! Przerażeni mieszkańcy opuszczają okoliczne domy, konspiratorzy z elektrowni przy ul. Wiślanej obiecują dać znać chwilowym wyłączeniem prądu, jeśli zobaczą nadjeżdżających Niemców. Dochodzi 18-ta, chyba zrezygnowali, żegnamy gościnnych gospodarzy z ul. Granicznej, gdzie siedzieliśmy już od południa, wracamy na Żywiczną. Nagle gaśnie światło! Rany Boskie, jadą! Zamykamy furtkę, ryglujemy drzwi wejściowe do piwnicy, matka zatyka okienko piwniczne poduszką. Już są! Przyjechali samochodami od strony Łomianek i od ulicy Długiej idą szeroką na 500 m. tyralierą w kierunku pensjonatu. Słychać pojedyncze wystrzały, ktoś spóźniony wpada do domu przy Żywicznej 24, dostrzegli go, w okna ciskają dwa granaty. Za chwilę łomoczą kolbami w nasze drzwi, aufmachen, sięgają po handgranaty, jednak okratowane okna skutecznie zniechęcają do rzutu. Tyraliera dochodzi do pensjonatu, w środku pusto, jeszcze kilkanaście metrów do zalesionego pasma wydm dzisiejszej ul. Narciarskiej, a dalej szczere pola do wydm Łuże i pasmo lasu. Z obawy przed zasadzką robią w tył zwrot! Niemcy wsiadają do samochodów i odjeżdżają zabierając niektóre z wyrzuconych części czołgowych. Nocą mieszkańcy wychodzą z ukryć komentując wydarzenia ostatnich godzin, a poległego partyzanta „Rybitwę” grzebią na terenie obecnego obiektu Łączności przy ul. Pionierów.

Chorąży Kazimierz Kozłowski „Rybitwa” poległy podczas przejmowania niemieckiego samochodu ciężarowego przed pensjonatem SUP w Dąbrowie

Następne dni coraz bardziej niespokojne. 29 lipca koło południa od strony Opalenia słychać przez kilka godzin gwałtowną strzelaninę. To ubezpieczenie naszych oddziałów partyzanckich starło się z niemieckim patrolem łączności. Podobna strzelanina wybucha w Wólce Węglowej 1 sierpnia już o 12-tej, tym razem słychać granatniki i artylerię, trwa to z różnym natężeniem do godziny „W”. O 17-tej oddziały partyzanckie Grupy Kampinos rozpoczynają natarcie na lotnisko bielańskie. Oczywiście informacje te docierają dużo później, na razie kulimy się ze strachu dziękując Bogu, że strzelanina nas omija.

Może mija nas piekło, ale nie droga do niego. Z dnia na dzień Dąbrowa zostaje strefą frontową. Na linii Wisły zmagania lewego skrzydła 9 Armii gen v. Vormanna z wojskami 1-go Frontu Białoruskiego, w Warszawie Powstanie, w Puszczy walki partyzanckie Grupy Kampinos, a do tego ciągły przemarsz najrozmaitszych wojsk. Najpierw spieszące za Wisłę pododdziały pancernej dywizji SS „Hermann Goring” na swych żółtych, jeszcze nie przemalowanych po walkach w Afryce pojazdach, po nich grenadierzy, piechota, aż w połowie sierpnia na dwa dni zatrzymują się oddziały węgierskie. Zajmują pensjonat SUP, na podwórku ustawiają kuchnię polową, bratają z mieszkańcami, rozdają chleb, ja dostaję cukierki. Trudno ustalić kolejność i wszystkie nazwy stacjonujących tu oddziałów, tym bardziej, że czasami zmieniały się parę razy dziennie. Niektóre zostawały na dłużej, a wszystkie kopały transzeje, okopywały pojazdy, rozbierały okoliczne drewniane domy na budowę bunkrów, urządzały stanowiska ogniowe. Rzecz ciekawa, niemal wszystkie oddziały taszczyły ze sobą góry zrabowanych gratów, jak kredensy, krzesła, fotele, stoły, dywany, a nawet obrazy, rozstawiając to w zajmowanych kwaterach. W dniu wymarszu skrzętnie zabierali cały majdan, by dać miejsce następnym, którzy znów zaczynali od meblowania.

Wśród tego zamętu, przeganiani rozkazami kolejnych oficerów to do nie wykończonej łazienki, to do piwnicy, to do sąsiadów, wegetowaliśmy w Dąbrowie niepewni każdego dnia. Dom nasz zmieniał także co i raz swoje przeznaczenie. Raz był wojskową kwaterą, raz składem amunicji, oficerską kantyną, magazynem pościeli i odzieży zrabowanej z płonącej Warszawy, znów kwaterą i tak w kółko. Jako dziecko cieszyłem się w tym rozgardiaszu dużą swobodą, a osłuchany z językiem niemieckim łatwo nawiązywałem kontakty z żołnierzami, z których niejeden zostawił w domu dzieci w podobnym wieku. Błędem byłoby mierzyć to wojsko jedną miarą i choć wcześniej byłem świadkiem wielu okrucieństw popełnianych przez żołnierzy w zielonych mundurach, teraz ze zdziwieniem poznałem ich drugą, bardziej ludzką twarz. W niczym nie przypominali już butnego „Herrenfolku”, byli zmęczeni wojną, poważnieli na słowo „Iwan” i bledli na odgłos „katiusz” czy warkot zwykłego „kukuruźnika”.

Biegając wśród okopów łatwo było wycyganić od wojaków saperkę, węglowy ogrzewacz do rąk, uszkodzony bagnet, a nawet gorzką czekoladę przechwyconą z alianckich zrzutów. Raz nawet przywlokłem z okopów metalową skrzynkę pełną amunicji do Mausera, która jak potem usłyszałem w domu, trafiła „w dobre ręce”. Wieczorem szedłem oglądać filmy wyświetlane przez kino polowe na rozpiętym vis a vis pensjonatu dużym, białym ekranie. Sam pensjonat przechodził różne dzieje. Najpierw służył partyzantom, potem uchodźcom z Warszawy, kwaterowało tu wojsko, na jakiś czas zamieniony na strzeżony obóz przetrzymujący zatrzymanych w okolicy cywilów, a w końcu jako magazyn. Magazynu strzegło kilku Słowaków, z których jeden – Karl, w cywilu nauczyciel rysunków, często wieczorami przychodził na pogawędkę do naszej piwnicy próbując przy okazji nauczyć mnie rysowania koni. Przeklinał wojnę, Hitlera, opowiadał o domu, a gdy mu dokuczałem ganił mnie śmiesznym „to neni pikne”. W okresie, gdy nasz dom zajęty był pod kuchnię i oficerską kantynę na podwórku wykopano trzy ogromne doły. W jednym urządzono schron przeciwlotniczy, w drugim ustawiono salonkę pułkownika (płk Kleina), trzeci przeznaczono na wóz pancerny osłony dowództwa, bowiem naprzeciwko zakwaterował, strzeżony przez dwuosobową wartę, niemiecki generał (gen. Bernhardt).

Pewnego dnia zrywałem w ogrodzie dalie, by je zanieść do naszej piwnicy. Pech chciał, że najładniejszą urwałem zbyt krótko, więc by nie podpaść matce, kombinowałem, co z nią zrobić. Szkoda wyrzucić, dam pułkownikowi! Zapukałem do salonki. Najwyraźniej zdziwiony i wzruszony oficer, poczęstował mnie czekoladą, pokazywał zdjęcia rodziny, a przy wyjściu obdarował paczką cukierków. Chyba dzień później wypadły urodziny generała. Od swych podwładnych otrzymał drewnianą makietę samolotu z angielskimi znakami, w którym, jako załoga, siedziały dwie tłuste gęsi w pilotkach. Upieczone gęsi zjedli goście generała, ja dostałem samolot. Drobny gest, lecz nie jedyny. W dzień po jego wyjeździe przyjechał motocyklem ordynans generała i przywiózł specjalnie dla mnie parę kilogramów mąki i cukru. To dopiero była frajda!

Miejsce gdzie obradował wówczas sztab, odkryłem nieco później. Było to w stojącym do dziś domu p. Czerwińskich przy ul. Słonecznej, gdzie na I piętrze, w największym pokoju, stał ogromny stół z plastyczną mapą okolic. Rosyjski wywiad coś musiał o tym wiedzieć, ponieważ właśnie wtedy wzrosła intensywność artyleryjskiego ostrzału a także ataków bombowych. Niestety nastąpiło to już po ewakuacji sztabu a i tak było zupełnie niecelne, ponieważ pociski spadały głównie na podmokłe łąki przed wydmami Łuże. Najpierw, daleko słychać było głuchy huk, po nim narastający gwizd pocisku i wybuch. Poza dymami z płonącej Warszawy, na niebie ciągle coś się działo, to pojedynki myśliwców, to bombardowania, to alianckie zrzuty, zaś nocą puszczane flary i pogoń reflektorów za samolotami. Kilka z tych zdarzeń na długo pozostawiło ślad w postaci mogiły rosyjskiego pilota przy ul. Młocińskiej róg Słonecznej, górę łusek z ckm-u strzelającego do amerykańskich pilotów czy resztek zasobników zrzutowych na mokradłach.

Wojsko zawsze starannie maskowało swoje stanowiska ogniowe, najczęściej siatkami z wplecionymi plastikowymi listkami. Plastikiem także pokryte były przewody polowych telefonów, co zadaje kłam twierdzeniom jakoby technologia ta powstała dopiero po wojnie. Samo maskowanie jednak nie wystarczało. Przeciwnika należało zmylić i wskazać mu zupełnie inne rozmieszczenie środków bojowych. Toteż w rozległym czereśniowym sadzie wzdłuż ul. Grzybowej ustawiono kilkanaście drewnianych makiet dział, a nieco bliżej lasu dwa czołgi z zielonej dykty. Rosjanie nie dali się nabrać, nie padł tam nawet jeden pocisk, za to uporczywie nadal ostrzeliwali puste łąki na Łużach…

Wojna toczyła się nie tylko na ziemi i na niebie, ale weszła także na drzewa. W „Raju”, czyli posiadłościach państwa Makólskich, na wysokim świerku od strony ul. Zachodniej zbudowano ambonę do obserwacji skuteczności ognia artyleryjskiego prowadzonego za Wisłę. Druga ambona na przeciwnym skraju majątku od strony puszczy pozwalała dokładnie obserwować tereny pomiędzy Dąbrową a skrajem lasu.

Była późna jesień, gdy bezwzględny rozkaz usunął wszystkich, pozostałych jeszcze mieszkańców osiedla poza pas frontowy.„Alles ziwilisten weg”. Nie pomagały starania żadnego z mieszkańców, by zostać i mieć baczenie na swój dobytek. Ci którzy trzymali się jeszcze swoich domów musieli skapitulować, pozostawić wszystko na łasce Bożej i odejść gdzie kto mógł; oczywiście najlepiej niezbyt daleko. Również i my, poprzez Łuże, leśną ścieżką, na której omal nie weszliśmy na minę, udaliśmy się do pobliskich Lasek.

Wieczór zastał nas na skraju wsi, gdy nagle doleciały wrzaski pijanych Ukraińców i krzyki maltretowanych kobiet. Co robić? Iść dalej niepodobna, cofnąć się do ciemnego lasu na miny – niebezpiecznie. Zostaliśmy więc na noc w szopce razem z kozami, a nad ranem, przemykając ostrożnie skrajem lasu przeszliśmy do Izabelina. A tam niemiłosierny tłok! Pełno uchodźców z Warszawy, z Łomianek, ze spalonych Wierszy i wielu innych, sąsiednich miejscowości. O mieszkaniu, noclegu czy jakimkolwiek kącie mowy nie ma.

Po długich poszukiwaniach jeden z mieszkańców udostępnił nam stojącą na jego działce letnią altankę. Była to mała klitka z potwornie dymiącą kuchnią ustawioną w niewielkiej sionce. Całość zbudowana z desek obitych papą a wewnątrz falistą tekturą. No cóż, na początek dobre i to. Mając w perspektywie spędzenie tam nadciągającej zimy, nacięliśmy kilkadziesiąt żerdzi, wbiliśmy wzdłuż ścian i „ogaciliśmy” domek sosnowymi igłami. W owych latach był to najtańszy i niezmiernie popularny sposób ocieplania wiejskich budynków. Tak zakwaterowani mieliśmy nadzieję przetrwania nadchodzących mrozów.

Niestety wkrótce zobaczyliśmy, że dymiąca kuchnia nie daje ciepła a altanka, choć ocieplona nie chroni przed mrozem, który nocą ścinał lodem wodę w wiadrze, utrudniając poranną toaletę. A zima była tęga, nie szczędziła śniegu, mrozu i zamieci, więc zakładaliśmy na siebie, co kto mógł, lecz i tak nie uniknęliśmy wielu odmrożeń.

Stacjonujące w Izabelinie oddziały niemieckie, podobnie jak w Dąbrowie, stale „ryły”, kopały, zmieniały stanowiska ogniowe, ciągnęły w różnych kierunkach przewody polowych telefonów zabierając do cięższych prac mężczyzn z okolicznych domów.

Dostarczaniem cywilnej siły roboczej zajmowała się żandarmeria. Ubrani w długie płaszcze z zawieszonymi na łańcuchach metalowymi półksiężycami z fosforyzującym napisem, w zielonych hełmach, z peemami przez ramię i bronią krótką przy pasie, wyglądali naprawdę groźnie. Pewnego dnia trafili i do naszej altany, a tu jak na złość wewnątrz siedzi handlarka ze szmuglem i dobija targu. Ojciec jeszcze w łóżku, ja myję zęby a nasz pies bokser bez obroży szaleje przy drzwiach. Jednym słowem całkowite zaskoczenie. W tej sytuacji gramy na zwłokę niby poskramiając psa i to wystarczyło do zaaranżowania odpowiedniego „przedstawienia”. „Aufmachen” – ryczą żandarmi i gdy wreszcie otwieram, milkną speszeni widząc w łóżku bladego mężczyznę z kilkudniowym zarostem i świętym obrazkiem w złożonych rękach, a obok na stołku zapaloną gromnicę i dwie zapłakane kobiety klęczące przy „umierającym” z różańcami w ręku. Wystarczyło słowo „tyfus”, by jak rażeni piorunem cofnęli się za próg, klnąc głośno i wycierając ręce śniegiem. Pękałem ze śmiechu widząc jak szybko zmiatają, bowiem słowo „tyfus” zadziałało niczym granat!

Aby ochronić się na przyszłość przed przymusowymi robotami, ojciec za pomocą jodyny, atramentu i bandaży „spreparował” sobie niezłe stłuczenie ręki, jakoby przy budowie bunkrów i zawiesiwszy ją na temblaku spokojnie przetrwał okres rozbudowy umocnień.

Poza kłopotami dnia codziennego ciągle towarzyszyła nam troska o opuszczony dom, toteż gdy pewnego dnia trafiła się podwoda z niemieckim żołnierzem do Dąbrowy, rodzice skorzystali z okazji, by sprawdzić czy coś jeszcze zostało z pozostawionego dobytku. Dom wprawdzie stał, ale bez mebli, a wszystko co było zakopane w piwnicy i w ogrodzie zostało zrabowane, i to raczej nie przez wojsko…

Gdy mieli już wracać, okazało się, że dysponujący podwodą żołnierz w międzyczasie ukradł innemu koledze kołdrę (pewnie też była ukradziona wcześniej), za co go zatrzymano i wraz ze wszystkimi towarzyszącymi osobami zamknięto na terenie pensjonatu SUP przy ulicy Pionierów. Nie wiem, jaką karę poniósł żołnierz, ale na skutek telefonicznej interwencji swych przełożonych z Izabelina, podwodę zwolniono i wieczorem wszyscy wrócili z powrotem.

W tamtych dniach głównym problemem był brak żywności, toteż matka, by ją zdobyć, podjęła pracę jako pomoc w niemieckiej kuchni polowej, gdzie w nie ogrzewanej, przewiewnej szopie obierała ziemniaki i warzywa. Jako wynagrodzenie dostawała (tylko dla siebie) śniadanie, ale obiad i kolację dla rodziny mogła już zabrać w garnuszkach do domu.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, wycięliśmy więc w lesie małą sosenkę a matka powycinała z kartonu ozdoby, pokolorowała kredkami, pokleiła klejem z mąki i zawiesiła na gałązkach. Z niemieckiej kuchni dostała śledzia, czerwonego barszczu, kawałek ciasta, nieco wędliny i tak zasiedliśmy do tradycyjnej, choć bardzo skromnej wieczerzy wigilijnej. To już szósty raz pod okupacją śpiewaliśmy kolędy z nadzieją na rychły koniec wojny, ale właśnie wtedy, jak nigdy przedtem, słowa „moc truchleje” nabrały nowego, szczególnego znaczenia.

Front na Wiśle niemal zastygł w oczekiwaniu mających nastąpić już niedługo wydarzeń. Wzrosła natomiast aktywność sowieckiego lotnictwa rozpoznawczego przy minimalnej reakcji ze strony Niemców. Rosyjskie myśliwce latały nisko parami, siekąc po ziemi z broni maszynowej do wszystkiego co ruchome, toteż na równi z żołnierzami niemieckimi, wszyscy cywile usłyszawszy w powietrzu warkot, chowali się gdzie popadło. Mnie zaskoczyli raz na ślizgawce i ledwo zdążyłem kucnąć pod drewnianym mostkiem, gdy niespodziewanie dali serię po lodzie. Szczęściem przeszła obok.

Nadszedł ostatni dzień starego roku 1944, a ponieważ mieliśmy zamiar czuwać do północy, by wzajemnymi życzeniami powitać ten nowy, poszliśmy do lasu po drzewo do naszej dymiącej kuchni. Tam po raz pierwszy zobaczyłem jak dziwaczne zapory konstruowali Niemcy, by utrudnić ruch pojazdów na leśnych drogach i duktach. Były to stosy gałęzi ściśniętych siatką ogrodzeniową w ciasne bloki o wymiarach przypominających autobus, ułożone w poprzek drogi. Po obu bokach zapór ścięto drzewa na wysokości około 1,5 metra, by powstało poletko sterczących z ziemi pni. I to miało powstrzymać sowieckie czołgi?

Wieczorem, pomimo gryzącego dymu z kuchni, siedzieliśmy przy pełgającym płomyku kaganka, śpiewając kolędy i obserwując ruchome cienie rzucane na ścianę przez gałązki choinki. Jednak ruchy tych cieni były niezbyt naturalne. Zainteresowani niezwykłością zjawiska zwiększyliśmy światło i wtedy spostrzegliśmy, że choinka rusza się od… myszy, które całymi rodzinami wyległy z gniazd, ogryzając mączny klej z choinkowych ozdób! Przerażenie, obrzydzenie, a w końcu śmiech, bo takiej ilości dzikich lokatorów nikt nie oczekiwał. Wprawdzie wcześniej, spodziewając się obecności gryzoni, matka zawieszała żywność w torbie pod sufitem i nocą słyszeliśmy jak spadają na podłogę, ale nikt ich nie widział przy świetle i to w takiej ilości!

Początek stycznia 1945 roku przyniósł silne chłody. Letnia altanka w Izabelinie chroniła nieco od wiatru, ale mróz, zwłaszcza nocą, bywał nie do zniesienia, to też z radością przyjęliśmy wiadomość o zwolnieniu jednego pokoju w murowanym budynku przez innych uciekinierów. Ku mojej radości poprzednicy pozostawili nawet choinkę ubraną prawdziwymi bombkami, ale najważniejszy był kaflowy piec w rogu pokoju. Kto nie zaznał długotrwałego chłodu nie wie jak ważnym był dla mnie piec, w którym można było normalnie palić i, przylgnąwszy plecami do nagrzanych kafli, rozkoszować się usypiającym ciepłem. Świat wydawał się wtedy przychylniejszy i łatwiej było zapomnieć o pustym żołądku.

Niemcy powoli zbierali manatki a obsadzone dotąd dość gęsto stanowiska bojowe pustoszały z dnia na dzień. Tymczasem niezwykłą aktywność wykazywała żandarmeria kontrolując cywilów na każdym kroku, to też noszenie okupacyjnego dowodu tożsamości tzw. „kenkarty” było konieczne nawet na podwórku. Ale pewnego dnia również oni znikli. Jak wiadomo przełamanie frontu nastąpiło nocą z 16 na 17 stycznia przy niewielkim oporze Niemców, których główne siły tego odcinka dały wcześniej drapaka, pozostawiając nielicznych maruderów, taborytów i resztki służb sanitarnych, wyłapywanych przez nacierające wojska w okolicznych lasach.

Do Łomianek i Dąbrowy, jeszcze w nocy, jako pierwsi wkroczyli berlingowcy, zaś do Izabelina, rano weszli sowieci. Gdy poszła wieść o ich przybyciu, zewsząd wylegli ludzie, by zobaczyć to dawno wyczekiwane wojsko. Dominowała radość i zdumienie! Radość z ucieczki znienawidzonego okupanta i zdumienie, jak taka obszarpana armia może wygrywać wojnę z tak zdyscyplinowanym i dobrze uzbrojonym przeciwnikiem?

Młodzi chłopcy o azjatyckich rysach byli całkiem sympatyczni i choć trudno było z nimi gadać, uśmiechy i gesty wystarczały, by cieszyć się razem z ucieczki Niemców. Wnet pojawił się razowiec, gotowane ziemniaki, samogon, „harmoszka” i po raz pierwszy usłyszałem dźwięki tak popularnej później „Katiuszy”. To nic, że szynele miały kolor i wygląd worków na kartofle, że zamiast plecaków wisiały im na plecach brezentowe „sumki” związane grubym sznurkiem, a buty przypominały miechy akordeonów. Co bardziej ochotne panie szły na zaśnieżonym podwórku w tan, kwitując śmiechem „prisiudy” podochoconych wojaków. Kres swawolom dało przybycie gazikiem „starsziny”, który nakazał skrupulatne przeszukanie budynków w celu wykrycia „germańców”. Weszli i do naszego domu, zajrzeli pod łóżko, rozdziawili gęby ze zdumienia widząc choinkę. Obmacali bombki, skosztowali leżące przy miednicy mydło, wysypali na podłogę mój węgiel na żołądek i poszli dalej.

Dwa dni później byliśmy z powrotem w Dąbrowie. Wyszykowawszy jako tako jeden pokój z żeliwną kozą zamiast pieca i kuchni, ruszyliśmy w teren poszukując zrabowanych sprzętów. W ciągu kilku dni w bunkrach i obcych domach odnaleźliśmy część naszych mebli, jakieś garnki, kilka talerzy a nawet woreczek zmarzniętych na kość ziemniaków i nieco kiszonej kapusty. Prawie żaden dom w Dąbrowie nie ucierpiał poważniej od bomb czy pocisków armatnich, natomiast niemal wszystkie drewniane „letniaki” rozebrano na budowę bunkrów i ziemianek

Usiłowaliśmy rozpocząć normalne życie. Powoli wracali z wygnania mieszkańcy, jedni do ocalałych domów, inni, by stwierdzić, że je stracili, lecz były i takie miejsca, które próżno czekały swych właścicieli. Ci, którzy przybyli podobnie jak my, szukali swych rzeczy, rozpytywali o sąsiadów i opatrywali swe domostwa. Niestety, podczas gdy jedni otrząsali się z wojennego koszmaru inni zajęli się kradzieżą i rabunkiem. Uzbrojeni bandyci wpadali nocami do domów i grożąc bronią zabierali co chcieli albo strzelali nie pytając. Tak było np. w Dąbrowie na ulicy Narciarskiej u państwa Tomaszków.

Patrol łomiankowskiej MO (Wojciech i Danuta Pecyńscy)

Starsi mieszkańcy Dąbrowy zapewne pamiętają długie karawany jadących od strony Wólki Węglowej furmanek. Ich celem były głównie nadwiślańskie bunkry, w których Niemcy dla swojej wygody zgromadzili ogromne ilości mebli, wyposażenia i tym podobnych przedmiotów zebranych z okolicznych, opuszczonych przez mieszkańców domów. Szabrowano wszystko co przedstawiało jakąkolwiek wartość, traktując to jako poniemiecką zdobycz wojenną. Do dziś zapewne w niejednym domu Wólki, Truskawka, Babic czy Lasek znajdziemy przedmioty „odebrane” Niemcom a w rzeczywistości ukradzione tutejszym mieszkańcom.

Zdecydowaną tamę temu procederowi położyły stanowcze działania kilku obywateli, którzy stworzyli w Łomiankach pierwszy po wojnie posterunek Milicji autentycznie Obywatelskiej. Zorganizowana w Dąbrowie Leśnej „bramka” zatrzymywała szabrowników, nakazywała rozładowanie furmanek, zabezpieczała odebrane meble i powracającym z wysiedlenia umożliwiała odebranie swojej własności.

Narodziny łomiankowskiej Milicji są ściśle związane z realizacją zalecenia Komendy Głównej AK o przejęciu przed Sowietami możliwie jak największej ilości instytucji związanych ze sprawowaniem władzy. Zgodnie z tym już w parę dni po przejściu frontu, grupa osób związanych z AK znów wzięła do ręki broń a na rękawy naciągnęła biało-czerwone opaski z literami MO. Pierwszymi stróżami porządku w powojennych Łomiankach byli: Feliks Bentyn, Józef Gołąb, Zygmunt Medyński, Borys Abramowicz, Bronisław Kajszczak, Bolesław Gryziak, Franciszek Kowalski i Jerzy Regulski, Kazimierz Zawitaj, Czesław Górski, Wojciech Pecyński. Bardzo nietypowo, bo drogą demokratycznych wyborów, wyłonili spośród siebie komendanta posterunku, którym z racji dobrej znajomości języka rosyjskiego, został Feliks Bentyn. Bez wynagrodzenia, bez umundurowania, lecz także (oczywiście do czasu) ingerencji wyższych władz, ludzie ci pełnili całkiem społecznie niezwykle trudne wówczas zadanie walki z pospolitym bandytami i szabrownikami. Zajmowali się także zabezpieczaniem opuszczonego mienia, zbieraniem porzuconej broni i materiałów wybuchowych, zabezpieczaniem terenów zaminowanych i całą masą innych spraw, z jakimi zwracali się powracający z wojennej tułaczki.

Posterunek MO w Łomiankach, założony w styczniu 1945r., (dom Jabłońskich, ul. Warszawska)

Siedzibą pierwszego posterunku MO został ponownie lokal przedwojennej Policji przy ulicy Warszawskiej 170 (dom p. Jabłońskich). Była to jedna duża izba ogólna oraz stojący w podwórku areszt – komórka, której resztki przylegają dziś do sąsiadującego Zakładu Fotograficznego R. Bierzanka.

Niezależność łomiankowskiej milicji nie trwała długo, bowiem na przełomie marca i kwietnia 1945 roku władze mianowały nowego komendanta. Wkrótce potem posterunek przeniesiono do pobliskich Młocin i na normalnych już etatach zatrudniono w większości nowych ludzi.

Z tamtym okresem związany jest pewien zabawny incydent. Otóż którejś nocy pod nieobecność będącego na służbie ojca, zbudziły mnie męskie głosy na ulicy. Zaniepokojony dostrzegłem przy bramie dwie sylwetki z papierosami. Zbudziłem matkę i przekonany o obecności bandytów palnąłem w niebo z mojego „prywatnego” Mausera. Dopiero w ciągu dnia okazało się, że byli to nasi milicjanci patrolujący nocą okolicę. Radzi, że nie oberwali, gratulowali ojcu bojowej postawy rodziny, lecz na wszelki wypadek już nigdy więcej nie przechodzili nocą pod naszym domem.

Założyciel i pierwszy komendant posterunku MO w Łomiankach, w styczniu 1945r., żołnierz AK Feliks Bentyn, pseudonim „Oset”

Front oddalał się coraz bardziej, na niebie przybywało rosyjskich samolotów i choć lotnisko było blisko, nie wszystkie dolatywały szczęśliwie. Dotyczyło to głównie myśliwców, których piloci zajęci zadaniami na froncie czasami zapominali o wyczerpującym się paliwie, i w drodze powrotnej z pustymi zbiornikami lądowali awaryjnie gdzie popadło.

Leżał jeszcze śnieg, gdy na polach w rejonie obecnej Kościelnej Drogi wylądowały obok siebie dwa myśliwce typu JAK. Podwozia ugrzęzły w rozmiękłej glebie, lecz piloci wyszli z opresji cało. Wkrótce zabrano ich „gazikiem” do Warszawy, pozostawiając przy samolotach okutanego w kożuch wartownika.

Wartownik, poczciwy chłop, większość czasu spędzał z naszymi milicjantami na posterunku, a gdy ojciec brał go do nas na obiad szliśmy razem na Łuże, gdzie uczył mnie strzelać ze swojego Mosina. Celem była dużą miednica. „Kopało” okropnie, pomimo to parę razy udało mi się w nią trafić.

Pośpiesznie ustępujące oddziały niemieckie pozostawiały po sobie wiele drobnego sprzętu wojskowego, który najczęściej padał łupem grasującej wszędzie dzieciarni. Były to mniej lub całkiem sprawne karabiny, pistolety, amunicja, rakiety, granaty, miny, panzerfausty, dynamit, broń biała, pociski moździerzowe i ogromne ilości rozsianych wszędzie niewybuchów. Na każdego z nas przypadał co najmniej jeden (skrzętnie skrywany przed starszymi) prywatny magazyn znalezionego w okolicy uzbrojenia. Najzasobniejszym w porzuconą broń, amunicję i wszelkiego rodzaju materiały wybuchowe był teren lasu w Palmirach. Z powodu odległości nigdy tam nie dotarłem, to też z zazdrością oglądałem zdobycz przytaszczoną przez starszych kolegów.

Opaska Milicji Obywatelskich z 1945 r.

Wielce pożądanym w tym okresie był proch artyleryjski w laskach i rurkach, a już szczególnym wzięciem cieszyły się zielonkawe rureczki grubości wkładu do długopisu i długości około 15 centymetrów. Nazywaliśmy je „wściekłe myszy”, bowiem po podpaleniu końca i szybkim przyduszeniu płomienia, tak by pozostał tylko żar, rurka uzyskiwała właściwości rakiety i latała w nieprzewidywalnych kierunkach z przenikliwym świstem, a koniec lotu obwieszczała głośnym trzaskiem.

W porównaniu z innymi kolegami moja „zbrojownia” była skromna. Nie mniej w okresie świetności mogłem się doliczyć trzech karabinów z obciętymi własnoręcznie lufami – tzw. „obrzynów” z zapasem amunicji, dwu pistoletów, dwu granatów, skrzynki rakiet, siedmiu bagnetów, szabli, szpady, niekompletnego CKM, zapalników do min i kilku hełmów. Oczywiście mając tyle „zabawek” bawiliśmy się wyłącznie w wojnę, biegając po Dąbrowie poniemieckim okopami. Owszem, były wypadki, niektóre nawet śmiertelne, ale porównując z potencjalnymi możliwościami utraty zdrowia czy życia ich ilość można uznać za stosunkowo niewielką. Ta zastanawiająca proporcja wynikała prawdopodobnie z faktu, że zdobyta praktycznie wiedza pirotechniczna ówczesnych dzieci nieomal dorównywała umiejętnościom przeciętnie wyszkolonego żołnierza. Większych detonacji najczęściej dokonywano w okopach nad Wisłą. Po każdym wybuchu, na osiedlu, ze wszystkich stron podnosiło się nawoływanie matek zaniepokojonych o nieobecne w domu pociechy.

Pierwsze po wojnie święta Wielkanocne były szczególnie głośne. Detonacje rozpoczęto już w Wielką Sobotę, zaś podczas porannej procesji rezurekcyjnej nastąpiła kulminacja, która omal nie skończyła się tragicznie, gdy odbity od ogrodzenia kościoła św. Małgorzaty granat padł pod nogi celebranta. Szczęściem został błyskawicznie odrzucony przez parafianina pana Kazimierza Zawitaja i wybuchł za murem okalającym kościół. Liczne eksplozje wybiły niemal wszystkie szyby w kościele, więc wkurzony ks. Romanowski nie szczędził w homilii cierpkich słów swym parafianom.

Wiosną 1945 roku opuszczony pensjonat SUP przy ulicy Pionierów przejęło Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół Dzieci, które przy wsparciu ówczesnego prezydenta Warszawy Stanisława Tołwińskiego, zamieniono na dom dla sierot wojennych. Początkowo były to dzieci starsze w różnym wieku, którym próbowano organizować naukę na miejscu, lecz właśnie z powodu tych różnic przedsięwzięcie było trudne do realizacji, więc posłano je do kilku klas łomiankowskiej szkoły.

Dzieci z Domu Dziecka, 1946 r. (?)

Dzieci bardzo ożywiły pustawą wówczas Dąbrowę a organizowane przez wychowawców imprezy i potańcówki przyciągały nas niczym magnes, sprzyjając integracji. Powszechnie nazywaliśmy ich „pensjonacikami” i wciągaliśmy w prowadzone wojenne zabawy tym chętniej, że i oni mieli swoje „uzbrojenie”. Sąsiedztwo Domu Dziecka miało jednak i ujemne strony, ponieważ buszująca po okolicy obca dzieciarnia często popełniała drobne kradzieże, co na skutek skarg mieszkańców spowodowało zamknięcie bram Domu i zaostrzenie kontroli nad wolnym czasem wychowanków. Z czasem ograniczono wiek dzieci do przedszkolnego i tak już zostało do końca istnienia Państwowego Domu Dziecka w Dąbrowie.

W tym czasie wydmy Łuże zamieniono na poligon saperski, na który zwożono zebrane w okolicy niewybuchy i dokonywano eksplozji. Ciągłe detonacje ekscytowały nas do tego stopnia, że wyczekawszy momentu odjazdu samochodów z saperami biegliśmy co sił, by zobaczyć głębokość i ilość nowych lejów a także to, co przygotowano do zdetonowania na dzień następny. Cała najbliższa okolica usiana była różnej wielkości odłamkami i grudkami trotylu, który po zapaleniu wydzielał czarny, gryzący dym. Wiara w moc trotylu skłaniała nas do sporządzania trujących mikstur, które według naszych założeń miały wytruć końskie pijawki pływające w nieistniejących już dzisiaj rozlewiskach u podnóża wydm. Patrząc obecnie na te tereny, trudno uwierzyć, że miejscami było na tyle głęboko, by wielu z nas tu właśnie nauczyło się pływać…

Kazimierz Medyński