Pisząc o łomiankowskich uczestnikach walki z niemieckim okupantem podczas II-ej wojny światowej, pragniemy przybliżyć sylwetkę jednego z niewielu żyjących jeszcze żołnierzy VIII Rejonu AK, uczestnika Powstania Warszawskiego w ramach działań bojowych Grupy Kampinos, kpt. Leszka Miączyńskiego.

Leszek Miączyński fot. 1945 r.

Urodził się 15.08.1928 r. w Strzegowie powiat Mława, z ojca Ignacego i matki Heleny z domu Tyszko. Jakiś czas przed wybuchem wojny rodzina przeniosła się pod Warszawę kupując niewielki dom pod lasem na samym skraju Młocin. Ojciec z zawodu rymarz, matka krawcowa, aż do wojny wiedli spokojny żywot przeciętnej polskiej rodziny, nie mniej młody Leszek od najmłodszych lat wzrastał w atmosferze patriotycznych tradycji dzięki swemu ojcu, który od początku I-ej wojny światowej służył w bliskim otoczeniu Komendanta Józefa Piłsudskiego. Zasłyszane opowieści o trudnej drodze do niepodległości a także o obronie Polski przed nawałą bolszewicką, która omal nie zniszczyła młodego Państwa, rozpalały wyobraźnię chłopca, wpajały miłość do Ojczyzny i uczyły konieczności poświęcenia Jej nawet swojego życia.

Mapa 8 Rejonu Obwodu AK „Obroża”

Od pierwszych dni okupacji rodzina Miączyńskich aktywnie włączyła się w nurt działań konspiracyjnych, zwłaszcza w pomoc zbiegłym z obozu jeńcom sowieckim, dla których ich dom, podobnie jak szereg innych w sąsiednim Burakowie, stał się punktem przerzutowym na drugi brzeg Wisły, w drodze na Wschód. Szczególnie zapamiętanym epizodem z tamtych lat było ukrywanie i leczenie przez 6 tygodni rannego lotnika, którego żywiono dzięki prowadzącej kuchnię RGO por. Zofii Roesler „Polce”. W sytuacji, gdy inni narażali życie, nastoletni wówczas Leszek nie chciał pozostać bezczynnym, więc z wielkim zapałem usiłował przekonać dorosłych konspiratorów z otoczenia, o swej przydatności w walce ze znienawidzonym okupantem. Mały, szczupły, pozornie nieśmiały lecz zrównoważony, sprytny i rwący się do działania, szybko został dostrzeżony przez jedną z łączniczek Janinę Tuszyńską „Astrę”, która poleciła go organizatorowi konspiracji na terenie Młocin, żołnierzowi AK – Piotrowi Czarneckiemu ps, „Pionek” by rekomendował Leszka ówczesnemu dowódcy VIII Rejonu kpt. Józefowi Krzyczkowskiemu „Szymonowi” na funkcję łącznika. Mały spryciarz tak podobał się „Szymonowi”, że pomimo młodego wieku, po przeszkoleniu i zaprzysiężeniu pod pseudonimem „Mały” w kwietniu 1943 r. został przyjęty do AK ze statusem Syna Pułku a dla ułatwienia wykonywanych zadań nawet podarowano mu rower. Jako łącznik dowództwa zajmował się głównie przekazywaniem meldunków i rozkazów pomiędzy sztabem a dowódcami pododdziałów /również łączność z ks. Wyszyńskim/ zarówno na terenie GG jak i poza jej granicę a także wożeniem podziemnej prasy. Głównym kontaktem i opiekunką małego łącznika pozostawała nadal Janina Tuszyńska /z męża Połeć/, która mając 95 lat, tak wspominała tamte czasy – „Pana Leszka poznałam w czasie okupacji jako bardzo młodego, miłego i szczupłego chłopca. Gdy został łącznikiem o pseudonimie „Mały” przychodził raz w tygodniu z Młocin do Burakowa z tajnymi meldunkami. Spotykaliśmy się najczęściej na „górce młocińskiej” i tu przekazywaliśmy sobie meldunki, rozkazy, ulotki, prasę oraz wymienialiśmy informacje o aktualnych działaniach wroga. Po przeprowadzce rodziny pana Leszka w 1943 r. do Łomianek, nasze kontakty były łatwiejsze, ponieważ mieliśmy więcej pretekstów do spotkań jak n.p. pójście do kościoła, na cmentarz czy też moje wizyty jako krawcowej w ich mieszkaniu. Pewnego razu jechaliśmy razem furmanką do Warszawy. Niespodziewanie na wysokości cmentarza włoskiego nasz wóz się zepsuł tarasując całą drogę. Gdy woźnica próbował go naprawić, od strony Warszawy nadjechała inna fura z niemieckimi żołnierzami, którzy zeszli by zobaczyć co się stało. Bystry „Mały” dostrzegł

Komendant 8 Rejonu kpt. Józef Krzyczkowski ps. „Szymon”

na niemieckim wozie nie pilnowaną, solidnie wypchaną torbę polową. To był łakomy kąsek! Korzystając z zamieszania, niezauważony ściągnął torbę z wozu i spokojnie oddalił się w kierunku nadwiślańskich zarośli. Wkrótce torba wylądowała w rękach „Szymona”, który poznawszy jej zawartość aż przysiadł z wrażenia, gratulując „Małemu” zdobycia tak wielu cennych dokumentów i informacji wojskowych w tak sprytny sposób. Na szczęście ów odważny ale i ryzykowny krok nie pociągnął za sobą żadnych przykrych następstw”. Do wiosny 1944 r. szczęście sprzyjało „Małemu”, bowiem nikt nie zwracał uwagi na dzieciaka pedałującego po okolicy na starym rowerze. Jednak pewnego razu los się odmienił. Tego dnia przekroczywszy pomiędzy Wierszami i Brzozówką na piechotę granicę z Reichem jak zwykle zaszedł do Stanisława Różyckiego, później do Stanisława Kowalskiego w Brzozówce, przekazał im rozkazy, zabrał jakąś bibułę i ruszył w drogę powrotną. Gdy dochodził już do Wierszy, niespodziewanie natknął się na patrol niemieckiej straży granicznej z psem. Na ucieczkę było za późno! Oczywiście przy legitymowaniu wyszło na jaw, że mieszka na terenie Generalnej Guberni i już żadne tłumaczenia nie mogły usprawiedliwić jego obecności w tym miejscu. Biciem próbowali wymóc wyznanie prawdy a gdy to nie skutkowało otrzymał tak silny cios, że stracił przytomność i osunął się na ziemię. Długo jeszcze oprawcy bili nieprzytomnego by go zabić, aż stwierdziwszy, że pewnie już nie żyje, bezwładne ciało zepchnęli

Kpt. Leszek Miączyński (fot. 2015 r.)

do przydrożnego rowu. Incydent nie uszedł uwadze mieszkańców Wierszy, to też po odejściu patrolu, tutejszy konspirator Franciszek Mężyński niezwłocznie zaprzągł konia i nieprzytomnego chłopca zawiózł do Zakładu Ociemniałych w Laskach, gdzie dr. Cebertowicz – „Świerk”, zapewnił mu niezbędną pomoc. Tuż przed wybuchem powstania, z grubsza podleczony „Mały” nie rezygnuje z wzięcia odwetu na wrogu i przydzielony do 1-szej kompanii por. Zygmunta Sokołowskiego „Zetesa” kilka dni później bierze udział w walkach o zdobycie bielańskiego lotniska. Ciężkie urazy odniesione podczas pobicia przez wachmanów dają o sobie znać, to też w połowie sierpnia dowódca Grupy Kampinos zwalnia go ze służby i odsyła do domu. Po zakończeniu działań wojennych zataja swą akowską przeszłość oraz zły stan zdrowia, i idzie na 2 lata w LWP. Po odbyciu służby znajduje stosunkowo lekką pracę w spółdzielni kaletniczej, aż do 1982 r. po czym komisja lekarska przyznaje mu 1-ą grupę inwalidy wojennego. Za swe poświęcenie dla Ojczyzny uhonorowany zostaje wieloma odznaczeniami wojskowymi a ostatnio awansowany do stopnia porucznika. Nikt jednak zdrowia mu nie zwrócił. Dziś schorowany, w miarę sił pielęgnuje mogiły poległych kolegów i żołnierzy Września, bierze udział w kombatanckich uroczystościach, nadal skromny i nieco zażenowany gdy ktoś próbuje podziwiać jego okupacyjną przeszłość.

Kazimierz Medyński