Apolonia Serzysko z d. Tuszyńska „ZIUTA”

Na terenie naszej gminy mieszka, coraz bardziej nieliczna, gromadka osób, których niezwykłe dzieje warte są opisania. Jedną z nich jest pani Apolonia Serżysko z domu Tuszyńska. Urodziła się w 1918 r. jako czwarta córka Pawła Tuszyńskiego i jego pierwszej żony Józefy – gospodarzy z Burakowa. Rodzina utrzymywała się z pracy w7 hektarowym gospodarstwie. Po przedwczesnej śmierci pierwszej żony Paweł Tuszyński ożenił się po raz drugi z Genowefą Gołąb z Radiowa i przyszły na świat kolejne trzy córki i syn Antoni. Mieszkali w starym drewnianym domu o jednej dużej izbie, kuchni i sieni, na podwórzu stała jeszcze stodoła połączona z obórką. Druga żona była piękną, spokojną, szlachetną kobietą i traktowała wszystkie dzieci jak swoje. Dzieci rosły zdrowo. Starsze dziewczęta pomagały w domu, opiekowały się młodszym rodzeństwem i pracowały w polu. Obowiązki były wypełniane w rodzinie według ustalonego porządku, każda córka miała swój dzień gotowania, prania i pomocy w gospodarstwie. Panowała atmosfera rodzinnego ciepła i niespotykanej harmonii. Nikt nie narzekał na los, na trud codziennych obowiązków. Odnoszono się do siebie czule. Nikt nie powiedział inaczej jak Jania, Wacia, Polcia, Nacia, Ziuta, Genia, Mania, a na brata Lonio zamiast Antoni. Mimo ciężkich warunków materialnych, które pogłębiła ciężka choroba Matki w rodzinie panowała niezwykła zgoda i miłość.

Wybuchła II wojna światowa a z nią nadeszła okupacja niemiecka. Patriotycznie wychowane w łomiankowskiej szkole, dwie siostry Tuszyńskie – najstarsza Janina (ur. w 1915 r.) oraz Pola, a także ich brat Antoni włączyli się do walki w ruchu oporu. Osobą, która wprowadziła Polę w szeregi walczącej młodzieży był żołnierz Armii Krajowej z Dziekanowa Polskiego por. Józef Niegodzisz pseudonim „Józef”, jej późniejszy narzeczony.

Pola – przystojna blondynka o niebieskich oczach, ciepłym uśmiechu, spokojna i opanowana odznaczała się dużą kulturą bycia, dyskrecją i szlachetnością. Wraz z innymi dziewczętami z pod puszczańskich wiosek została przeszkolona i zaprzysiężona do walki w Armii Krajowej jako łączniczka pod pseudonimem „Ziuta”. Bezpośrednio podlegała por. Zofii Roesler pseudonim „Polka ” komendantce Wojskowej Służby Kobiet VIII rejonu i Grupy Kampinos, właścicielce Młocin mieszkającej w dworku niedaleko obecnej ul. Heroldów.

Do obowiązków łączniczek należało m.in. rozwożenie prasy, korespondencji, broni, organizowanie medykamentów i żywności. Teren był dość rozległy- od granic Warszawy, przez wioski na obrzeżach puszczy i tereny ostępów leśnych i bagien do punktu dowodzenia w Wierszach. Łączniczka Pola z całym żołnierskim oddaniem i odwagą na rowerze wyposażonym w wiklinowy kosz, prezent od narzeczonego, jeździła od rodzinnego domu do różnych punktów m. in. w Laskach do domu rodziny Nosarzewskich, skąd powstańcy odbierali wszystko, co było do przekazania dowództwu w Wierszach. Podczas Powstania Warszawskiego łączniczka Ziuta pełniła funkcję dalekiego zwiadu, którego komendantką była Zofia Skonieczna ps. „Sowa” mieszkanka Placówki (osady, na miejscu której wybudowano Hutę Warszawa).

O wielkiej odwadze i opanowaniu Ziuty świadczą dwa zdarzenia, które miały miejsce w miesiącach szalejącego terroru niemieckiego w sierpniu i wrześniu 1944 r.

W sierpniu „Ziuta” na umówione hasło, od nieznanego młodzieńca, w lasku na tzw. „górce dziekanowskiej” odebrała paczkę, w której było kilka sztuk krótkiej broni. Przesyłkę tę, przechowaną w gospodarstwie Adama Regulskiego przy ul. Mokrej w Kiełpinie, miała przewieźć rowerem do punktu w Laskach. Droga wiodła przez Łomianki i Dąbrowę. Tego dnia żandarmi w Burakowie i Łomiankach przeprowadzili łapankę. Szukali ukrywających się Warszawiaków, wywlekali też z domów miejscowych mężczyzn. Ofiary łapanki ustawili po obu stronach ul. Warszawskiej od centrum do ul. Wiślanej. Uzbrojeni Niemcy pilnowali złapanych i kontrolowali ruch na tym odcinku. Łączniczka Pola wjechała do Łomianek i widząc co się dzieje zamarła z przerażenia. Myślała, że jest stracona. Wiedziała, że gdy Niemcy ją zrewidują i znajdą broń straci życie nie tylko ona, ale też ci ludzie z łapanki, mogło dojść nawet do pacyfikacji Łomianek. Zachowała jednak zimną krew. Jechała brzegiem szosy w kierunku ul. Wiślanej gdzie sześciu żołnierzy tarasowało przejazd. Nie mając innego wyboru odważnie jechała wprost na nich. Gdy się zbliżyła powiedziała grzecznie acz stanowczo „Achtung” co spowodowało, że ustąpili jej drogi ze słowami ” Bitte, bitte Freulein” ( proszę panienko). Mogła jechać dalej. Pomogło jej to, że była blondynką z niebieskimi oczami, a w Łomiankach i okolicy mieszkało wielu niemieckich kolonistów. Do tego pewność siebie i odezwanie się po niemiecku zmyliło żandarmów, którzy byli pewni, że jest ona Niemką. Dojechała szczęśliwie do obecnej ul. Majowej i tą do torów kolejowych. Przeniosła rower przez wysoki nasyp aby nie pozostawić śladów na piachu. Dalej przez Dąbrowę, Łuza i las bezpiecznie dotarła do Lasek, do punktu odbioru, gdzie pozostawiła paczkę z bronią i rower. Do domu w Burakowie wracała pieszo przez Mościska i Wólkę Węglową.

Janina Połęć z d. Tuszyńska „ASTRA”

We wrześniu 1944 r. Pola Tuszyńska wraz z Jadwigą Guzowską ps. „Skowronek” wykonały trudne i niebezpieczne zadanie przeprowadzenia do Puszczy Kampinoskiej oddziału AK, który przeprawił się przez Wisłę w okolicach Jabłonny i wylądował w Kępie Kiełpińskiej. Był to oddział dowodzony przez por. Bolesława Szymkiewicza ps. „Znicz”, składający się z 15 oficerów oraz 170 podoficerów i żołnierzy z terenu Legionowa.

Przeprawa łodziami w pełnym rynsztunku odbywała się przez dwie kolejne noce. Odcinek przerzutu był często kontrolowany przez stacjonujących niedaleko Niemców. Patrole jeździły motorem i reflektorami oświetlały nadbrzeżne łąki, krzaki, ale w określonych godzinach kończyły penetrację terenu i udawały się na spoczynek. Wtedy do akcji wkraczały łączniczki. W kompletnej ciszy prowadziły żołnierzy drogą przez pola ( obecną ul. Armii Poznań) do odległego ok. 4 km. gospodarstwa Adama Regulskiego w Kiełpinie gdzie miał miejsce pierwszy postój. Po krótkim odpoczynku powstańcy przez pola i łąki dotarli do lasu, a trasa szlakami puszczy była już bezpieczniejsza. Na polanie koło leśniczówki w Sierakowie zarządzono dłuższy odpoczynek. Posilono się suchym prowiantem i wodą dostarczoną przez leśniczego Rydla. Kolejny odpoczynek miał miejsce pod wsią Pociecha skąd oddział dotarł bezpiecznie do punktu docelowego w Wierszach. O powodzeniu akcji i tym razem zadecydowała nie tylko zimna krew i odwaga łączniczek, ale przede wszystkim prawdziwie żołnierska znajomość topografii terenu i szlaków puszczy stale przemierzanych pieszo i na rowerze podczas wykonywania zadań.

Kolporterką i łączniczką działającą również w ruchu oporu była starsza siostra Poli -Janina (po mężu Połeć) pseudonim „Astra”. Ona także podlegała komendantce Zofii Roesler , która w willi należącej do ss Urszulanek przy ul. Radeckiej 6 w Młocinach przydzielała tajną prasę, pocztę i meldunki do rozwiezienia kolporterkom do Warszawy lub dowództwa w Puszczy Kampinoskiej. Zadaniem Janiny było przewożenie tajnych meldunków odbieranych w Warszawie, które następnie Pola przewoziła do Kampinosu. Najbardziej emocjonujące było przekraczanie granic Warszawy na Bielanach, gdzie odbywały się częste kontrole. Pani Janinie, mieszkającej do dziś w Burakowie, najbardziej utkwiło w pamięci przewożenie tajnej prasy ukrytej w rolce tapety i meldunku zwiniętego w rulonik wielkości papierosa. Z centrum miasta tramwajem nr 17 szczęśliwie dojechała do pętli na Bielanach. Do Młocin, Burakowa i Łomianek kursowały wówczas już tylko furmanki. Woźnica ruszał w kurs gdy miał komplet pasażerów. Podczas postoju, w oczekiwaniu na kolejny tramwaj, do furmanki, w której siedziała już Janina, podszedł niemiecki patrol i rozpoczął kontrolę pasażerów. Razem z wszystkimi zsiadła z wozu i w chwili nieuwagi kontrolujących włożyła rulonik z grypsem meldunku do ust. Tapeta szczęśliwie nie wzbudziła podejrzeń Niemców. Po kontroli, skończonej dla wszystkich pomyślnie, pozwolono furmanowi odjechać. Innym razem przewoziła tajne papiery w walizce z podwójnym dnem. Na wierzchu obok artykułów spożywczych ułożyła typowo babskie rzeczy – pasmanterię i wstążki do włosów. Tym razem od pętli tramwajowej na Bielanach szła pieszo. Koło włoskiego cmentarza stali Niemcy i kontrolowali przechodniów. Zatrzymali też Janinę, sprawdzili kenkartę i po niemiecku zapytali co niesie. Zanim odpowiedziała jeden z nich pociągnął za zamek i walizka się otworzyła. Zamigotały kolorowe wstążki. Niemiec przekonany o dziewczyńskiej zawartości walizki kazał ją zamknąć.

Janina Tuszyńska już przed wojną zajmowała się krawiectwem. Dlatego we wrześniu 1944 r. została przydzielona do sekcji gospodarczej AK we wsi Krogulec. Szyła i naprawiała odzież, bieliznę, bandaże i opaski powstańcze. 20 września razem z siostrą Polą przeżyły pacyfikację Krogulca i Wierszy. Wspólnie tego dnia szły z meldunkami do dowództwa. Gdy tam doszły rozpoczęło się ostre bombardowanie wsi. Wiele osób wówczas zginęło. One znów miały szczęście – ocalały. Odebrały ostatni meldunek, który musiał być dostarczony do Lasek. Tego dnia doszły tylko do wsi Truskawka, gdzie zatrzymał je niemiecki patrol. Znów przeżyły chwilę grozy gdy Niemcy oskarżyli Janinę, ze jest Żydówką. Dopiero tłumaczenie Poli, że są siostrami o tym samym nazwisku i adresie uratowało sytuację. Dziewczyny musiały wyglądać na bardzo zmęczone, bo żołnierze z patrolu zaprowadzili je do swej kwatery we wsi i poczęstowali chlebem, mlekiem i pomidorami. Jeden z nich mówił po polsku. Na noc przyjęła je do swojej piwnicy, bo dom był spalony, jakaś kobieta. Następnego dnia przez Truskaw, Izabelin, kilkakrotnie kontrolowane, dotarły do ss Franciszkanek w Laskach, gdzie zostały serdecznie przyjęte. Siostrze przełożonej przekazały meldunki. Była to ostatnia droga i ostatnie zadanie powstańczych łączniczek.

Pola Urbaniak