Stanisław Niegodzisz pseudonim „Giedrojć”

Gdy po latach wracam wspomnieniami do mego zaangażowania w konspirację lat okupacji, zawsze staję przed pytaniami: czy było warto, czy można było inaczej, czy można było lepiej, dlaczego wyszedłem z tego cało? Niezależnie od odpowiedzi na każde z pytań, jedno jest pewne,że tak moje jak i innych działania wynikały z głębokiego nakazu wewnętrznego, z chęci bezinteresownego służenia Ojczyźnie, która znalazła się w potrzebie. Mieszkaliśmy wówczas jako jedna z dwu polskich rodzin w Dziekanowie Niemieckim (obecnie Leśnym), otoczeni zewsząd gospodarstwami niemieckich kolonistów osiedlonych w Łomiankach jeszcze na początku XIX w. Tworzone od dziesięcioleci dobrosąsiedzkie stosunki zaczęły się zdecydowanie pogarszać od połowy lat 30-tych XX w, by w czasach okupacji przekształcić się w otwartą wrogość. Było nas w domu czterech braci: ja – Stanisław, Władysław, Czesław i Józef. Po ustaniu walk na naszym terenie, razem wzięliśmy się do zbierania porzuconej po walkach broni i amunicji ukrywając ja w rozmaitych przypadkowych miejscach. Od 1940r. Postanowiliśmy ją zgromadzić i umieścić w bardziej profesjonalnych schowkach. Wybór padł na stodoły Antoniego Michalaka i mojego teścia Franciszka Kowalskiego w Dziekanowie Polskim, którzy nawet nie przypuszczali jaki arsenał ukryto pod stertami leżącej słomy. Mając niezły magazyn broni, porozumieliśmy się z braćmi Antonim i Stanisławem Michalskimi oraz Henrykiem i Janem Stańczykami, że pora by zacząć organizować zbrojny opór wobec wroga. Zadania tego podjął się mój młodszy brat Józef, który w połowie 1940r. nawiązał kontakt z warszawską grupą Związku Walki Zbrojnej, gdzie został zaprzysiężony pod pseudonimem „Józef II”. W wyniku podjętych rozmów został stworzony podstołeczny okręg ZWZ obejmujący Dziekanów Niemiecki, Dziekanów Polski, Sadową, Truskaw, Sieraków, Pieńków, Łomnę i Palmiry. Dowódcą okręgu został mianowany por. Tadeusz Golka ps. „Józef I” zaś mój brat Józef Niegodzisz ps. „Józef II” został jego zastępcą. Po złożeniu przysięgi przyjąłem pseudonim „Giedrojć”, zaś brat Wacław pseudonim „Sztylet” a nasz dom ustalony został jako punkt narad, szkolenia, zbiórek i punkt rozdziału prasy konspiracyjnej. Wybór miejsca był niezwykle trafny ponieważ niemiecka wieś była mniej narażona na policyjną inwigilację a działające na terenie obecnego Szpitala lotnicze warsztaty, powodowały ciągły ruch obcych ludzi na tym terenie co nie budziło większego zainteresowania. Prasa dostarczana była przez rodzinę p. Gozdków, Halinę Soporowską, Władysława Bulaszewskiego „Sokoła” i Stanisława Miklaszewskiego zaś odbierali ją Królak, Tomasz Miazga „Młot”, Lewakowski, J. Pacholak, Michał Cieślak ps. „Szwagier”, Majewski, Tymiński i Miaś. W przypadku gdy któryś z kolporterów nie odebrał prasy, moja żona Janina ps. „Mała” lub córka Henryka odnosiły ją do punktu w Dziekanowie Polskim. Do mnie należało organizowanie zaplecza oraz kontakty z ludźmi i komórkami z innych okręgów. A dbać było o kogo ponieważ na odprawy organizowane w moim domu przybywało z Warszawy wielu ważnych oficerów jak np. por. Golka „Józef I”, por. Luśniak „Gniew”, por. Urbaniak „Wilk”, por. Langer „Janusz”, płk. „Marcin”, por Karnej „Drewno”, por. Kapuścinski „Rekin” i inni. Zajmowałem się także „spalonymi” członkami organizacji przechowując ich często u siebie w domu. Tak np. działo się w przypadku p. Gromadki z Truskawia, który ukrywał się u mnie trzy tygodnie do czasu aż brat „Józef II” wyrobił mu fałszywe dokumenty i bezpiecznie przeniósł na inny teren. Podobnie wyglądała sytuacja z „Lampartem”, którego po wyrobieniu nowego dowodu tożsamości odprowadziłem do leśnej drużyny. Zdarzały się czasami wpadki i zagrożenia członków organizacji gdy trzeba było przetrwać czas zagrożenia lub po prostu uciekać. Tak jak w przypadku burakowskiej wsypy gdy w porę ostrzeżeni Zawitaj „Wit”, Baran „Wacław” i Górski „Wołodia” zdążyli uciec z naszego terenu, zaś ci, którzy zlekceważyli ostrzeżenie jak Przybylski, Laskowski i jego zięć zostali aresztowani i wkrótce zamordowani. Bolesny cios dotknął także i mnie, gdy1 czerwca 1943r. w czasie przewozu broni został zabity przy leśniczówce w Izabelinie mój brat „Józef II”. Po jego śmierci, zastępcą „Józefa I” na naszym terenie zostaje najpierw por. Ryszard Urbaniak „Wilk” a jakiś czas później por. Janusz Langer „Janusz”. Mimo zachowywania wszelkich środków ostrożności, niemieccy koloniści zaczęli w końcu podejrzewać mnie o jakąś podziemną działalność. Na kilkanaście dni przed wybuchem Powstania, podczas mojej nieobecności w domu, zjawił się uzbrojony kolonista Jan Dalman (w tym samym dniu, podczas sprzeczki zastrzelił w Dziekanowie Polskim swego sąsiada Franciszka Salwowskiego!) i wypytywał rodzinę o miejsce mego pobytu. Zrobiło się gorąco ale udając spokój nie opuściłem rodziny! Jednak po kilku dniach mój sąsiad J. Weimert uprzedza żonę, że nie mam powodów do radości bo i tak nie zdążę wychować swoich dzieci. W tydzień po wizycie Dalmana zjawili się u mnie z karabinami syn i zięć Weimerta. Na szczęście zauważyłem ich przez okno kilka metrów przed domem i w porę wyskoczyłem drugim oknem. Polem, wśród żyta dobiegłem do szosy, po której akurat jechała niemiecka kolumna wojskowa. W towarzystwie kolumny przeszedłem około dwustu metrów, skręciłem w boczną drogę i znów zbożem uciekłem do Dziekanowa Polskiego gdzie pozostałem aż do Powstania.

Józef Niegodzisz pseudonim „Józef II”

Do domu nie miałem już powrotu! Jakiś czas przed Powstaniem pojawił się na naszym terenie liczny oddział „wileńszczaków”pod dowództwem por. „Góry”. Czując się nadal zagrożonym ze strony obecnych jeszcze kolonistów, zwróciłem się do pierwszego napotkanego patrolu, powiedziałem wszystko o swojej sytuacji i poprosiłem o ochronę. Odprowadzili mnie do domu mojego teścia, w którym stacjonował jeden z pododdziałów i polecili spokojnie zaczekać. Po godzinie wchodzi do domu teścia nie kto inny tylko sam Dalman i melduje, że właśnie przyszedł zabrać mnie „na roboty”! Zdumiony bezczelnością kolonisty „Góra”, kazał mu spuścić solidne baty i puścić wolno. Tuż po tym incydencie koloniści opuścili Łomianki. Kilka dni po tym, spotykam się z dowódcą VIII Rejonu kpt. Józefem Krzyczkowskim „Szymonem”, który proponuje mi objęcie dowództwa kompanii. Odmawiam, nie czuję się na siłach, chcę być zwykłym żołnierzem lub organizatorem. Widząc moje obiekcje kpt.”Szymon” mianuje mnie łącznikiem pomiędzy sobą a por. „Górą”. Na cztery dni przed Powstaniem dostaję od K. Kozłowskiego „Rybitwy” rozkaz odstawienia rannych „wileńszczaków” do szpitala w Laskach. Po odebraniu wykazu od dr. Longina Pajewskiego „Adama II” zabieram pięć wozów z rannymi i eskortę sześciu „wileńszczaków” konno. Jedziemy przez obsadzony Niemcami Dziekanów, Kiełpin, Łomianki, Dąbrowę, Łuże, patrzą zdezorientowani i nie reagują! Przed Zakładem Ociemniałych spotykamy czujkę dowodzoną przez Jana Szkolika „Tangensa”, która kieruje nas do gajówki na Opaleniu. Tam spotykamy por. „Janusza”, Bernarda Freislebena „Bernarda” i Jabłońskiego „Rączkę”, którym przekazuję rannych, zabieram jeden wóz i około północy docieram szczęśliwie do Dziekanowa meldując „Rybitwie” wykonanie rozkazu. Następnego dnia dostaję rozkaz przeprowadzenia oddziału „Góry” z Dziekanowa Polskiego do Wierszy, co bardzo mnie uradowało ponieważ dawało nadzieję na rychłe, aktywne włączenie się do walki. Utworzywszy zwartą kolumnę marszową, ruszyliśmy wygonem w kierunku Sadowej. Po drodze przepuszczamy niemiecką kolumnę czołgów i samochodów. Wydają się nieco zdumieni ale nie reagują!W Sadowej por. „Góra” zatrzymuje oddział i zawiadamia o zmianie pseudonimu na „Dolina”, jednocześnie w olszynowym lasku organizuje placówkę osłonową pozostawiając jej dwa wozy z zaopatrzeniem i karabin maszynowy z obsługą. Dochodzimy do Pociechy, dalszej drogi nie znam, proszę gajowego aby doprowadził nas do Wierszy lecz ten się waha ponieważ przed paroma godzinami widział idących stamtąd Niemców (chyba tych samych, których mijaliśmy). Odprowadził nas jakieś 300 m, opisał dalszą drogę i zawrócił. Bez trudu doszliśmy w rejon obecnego cmentarza w Wierszach. Tu „Dolina” zatrzymał oddział a ja ochotniczo zgłosiłem się iść do wsi na zwiady, prosząc jedynie by w razie wpadki w ręce Niemców, postarali się mnie zastrzelić bym nie cierpiał ich tortur. Szczęściem Wiersze były wolne od Niemców więc oddział wkroczył do wsi a ja wróciłem do Dziekanowa i zameldowałem „Rybitwie” o wykonaniu rozkazu. Wybuchło Powstanie a ja wciąż czekałem, wreszcie trzeciego dnia dostaję rozkaz by zebrać pozostałych chłopców i odprowadzić ich do Sierakowa. Zebrałem ich sześciu, doszliśmy do gajówki w Sierakowie, gajówka spalona a nas kierują do Wierszy. Nocujemy w stodole u Herbańskiego, rano ruszamy dalej. W Truskawce spotykamy kpt. „Dulkę”, który każe nam wrócić do domów. Uprzedzam, że koledzy są u siebie zagrożeni i nie mogę przyjąć odpowiedzialności za ich powrót, jeśli mają wracać to na odpowiedzialność pana kapitana! Kilu wraca, ja idę dalej do Wierszy, gdzie spotykam znajomego Stanisława Barana „Wacława”, który proponuje mi wstąpienie do jego oddziału. Idziemy obaj do por. „Doliny” i od ręki dostaję przydział do Zwiadu Konnego dowodzonego przez Barana. Tu przechodzę chrzest bojowy w potyczce pod Brzozówką. Otrzymuję od Barana rozkaz przywiezienia z Lasek do Wierszy ludzi, którzy przeszli kanałami z Warszawy do lasu. Jedzie nas pięciu i jeden wozem. W Zakładzie Ociemniałych, siostra prosi o schowanie wozu i przeczekanie nocy z powodu ruchu wojsk niemieckich.

 

Janina Niegodzisz Pseudonim „Mała”

Rano zabieramy warszawiaków na wóz (jednym z nich był mjr. „Okoń”) i szczęśliwie dowozimy na Wiersze. Pewnego dnia przez Wiersze przechodzi oddział Węgrów, proszą o przewodnika więc dostaję rozkaz i wraz z Jastrzębskim „Łubinkiem” przeprowadzamy ich przez nasze placówki do Budy Zaborowskiej. Gdy szykowano grupę wsparcia wojskowego i materiałowego do ataku na Dworzec Gdański zgłosiłem się na ochotnika lecz por. Sokołowski „Zetes” zatrzymał mnie na miejscu argumentując decyzję śmiercią moich obu braci. Tak więc do momentu wyruszenia w Góry Świętokrzyskie zostałem w Wierszach pełniąc funkcję podoficera żywnościowego. 26 września zaczynają nas atakować samoloty, z dal słychać czołgi, odchodzimy więc z Wierszy, docieramy do gajówki w Górkach, tam oczekujemy nocy a po zapadnięciu zmroku ruszamy dalej. Nasz zwiad konny dociera do torów kolejowych i zauważa stojącą niemiecką półciężarówkę . Trochę strzelaniny, Niemcy uciekają. Dalej, koło kościoła w Baranowie znów spotykamy Niemców, nie strzelają więc my też przechodzimy spokojnie. Dotarliśmy do torów linii kolejowej Żyrardów- Jaktorów i tu dostajemy rozkaz czekania na por. „Dolinę”. Zjawia się około południa i pyta po co czekamy, rozkazuje przekroczyć tory ale jest za późno. Niemcy już się okopali z karabinami maszynowymi a na tory wjechał pociąg pancerny. Kawaleria odchodzi w prawo od nas i przechodzi tory, pozostali idą w rozsypkę i każdy działa na własną rękę. Jest coraz więcej rannych, pomagam im jak mogę, opatruję plut. Bonieckiego ze zwiadu a innego rannego w kręgosłup umieszczam w jakiejś piwnicy. Wokół mnie robi się pusto więc rowem melioracyjnym ruszam w kierunku Grodziska, docieram do Izdebna a stamtąd do Milanówka. Tu kończy się moja wojenna epopeja. (Stanisław Niegodzisz po wojnie odznaczony został Krzyżem Walecznych, Krzyżem Partyzanckim, Medalem za Warszawę, Medalem Zwycięstwa i Wolności, otrzymał także tytuł Bohatera Ziemi Łomiankowskiej)

 

na podstawie rękopisu opracował Kazimierz Medyński