(…) Krwawa bitwą trwała. Nasz dowódca–„Szymon” z roztrzaskaną odłamkiem nogą, przed ewakuacją na tyły, przekazał dowodzenie porucznikowi „Dolinie”. Biegnący do niego z rozkazem porucznik „Helski” zginął trafiony w głowę. Porucznik „Gniew”, ranny w głowę odłamkiem, z najwyższym trudem wycofał się z pola walki i ostatkiem sił dotarł do punktu opatrunkowego, który mieścił się w lasku zwanym „młodzikiem”.

Stół, na którym opatrywano rannych, stanowiły dwa wozy typu wileńskiego przyprowadzone przez partyzantów z Puszczy Nalibockiej. To właśnie na nim lekarze złożyli pogruchotane kości naszego dowódcy „Szymona” i opatrzyli porucznika „Gniewa”. Prowizorycznie opatrzonych rannych odwieziono następnie furmankami do konspiracyjnego szpitala, który mieścił się w Zakładzie dla Ociemniałych w Laskach.

Tymczasem ciężkie walki o lotnisko dochodziły do kulminacyjnego momentu. Od strony Młocin zaatakowaliśmy budynek gminy. Byliśmy pewni, że są tam Niemcy, ale po chwili wyszła z niego kobieta z dzieckiem na ręku. Okazało się, że przeciwnik wycofał się. Walki trwały na całej linii, ale wolno posuwaliśmy się do przodu, by po chwili osiągnąć las zwany „Syberią”. Mimo że nieprzyjaciel wycofywał się, jego opór nie słabł.

Na prawym skrzydle walczył batalion porucznika „Czarnego” oraz pluton chorążego Bernarda Freislebena. Nad głowami świstały kule. Powstańcy wykorzystując gęste zarośla, skokami przesuwali się do przodu. Chorąży doskoczył do gęstego jałowca, odgarnął gałęzie… i zobaczył wycelowane w siebie lufy hitlerowców. Próbował jeszcze rzucić granat, ale nie zdążył. Padł trafiony gradem kul. Na pomoc pobiegł porucznik „Czarny”, rzucił granat, ale zamaskowani jałowcem Niemcy zdążyli uskoczyć do przygotowanego wcześniej okopu. Porucznik próbował strzelać do wroga z pistoletu, niestety przypłacił to postrzałem w brzuch i z najwyższym trudem wycofał się z pola walki. Wreszcie skuteczny ostrzał rozpoczął nasz cekaem, osiągnęliśmy przewagę i Niemcy zostali zmuszeni do wycofania się.

Tymczasem przy samym lotnisku trwały walki najbardziej zaciekłe. Niemcy bronili się w zabudowaniach dworku naszej konspiracyjnej koleżanki pani Roeslerowej. W tych walkach brała udział kompania „Zetesa” porucznika Zygmunta Sokołowskiego i część kompanii „Karasia”. Przeciwnik, ostrzelany z ręcznych karabinów i obrzucony granatami, wycofał się.

W Dębowym Lesie nieopodal Placówki, tuż przy samym lotnisku również trwały zacięte walki. Na nasze szczęście niemiecka artyleria nie mogła strzelać, bo odległość pomiędzy walczącymi była zbyt mata. Padali zabici i ranni. Niestety po naszej stronie było ich zdecydowanie więcej. W tym miejscu, blisko swego domu, padt strzelec Zbigniew Trojanowski pseudonim „Lech” – nasz kolega z Kompanii Młodzieżowej.

Porucznik „Janusz” z pistoletem w ręku zachęcał nas do kontynuowania natarcia. Niestety zalegliśmy przykryci krzyżowym ogniem broni maszynowej i pociskami z lekkich działek ustawionych na dachach domów Placówki. Niemcy otrzymali posiłki. Od strony Bemowa i Bielan nadeszła piechota i broń pancerna. Jeszcze raz poderwani przez dowódcę ruszamy do natarcia i wychodzimy z lasu. Lotnisko jest już widoczne gołym okiem, ale Niemcy wściekle strzelają. Zaczęto brakować amunicji, ze wszystkich stron słychać było wołania o sanitariuszkę. Padł śmiertelnie ranny porucznik „Janusz” Janusz Langer. Mimo wszystko walczyliśmy dalej.

Po pewnym czasie usłyszeliśmy od strony szosy warkot motorów. Niemcy do walki rzucili czołgi. Ostrzał był tak silny, że nie mogliśmy nawet podnieść głowy. Pocisk jednego z czołgów trafił w obsługę karabinu maszynowego z oddziału porucznika „Góra-Dolina”. Zginęli wszyscy. Dowódca kompanii „Karaś”, dowódca plutonu „Młot”, plutonowy Chudzik, mieszkaniec Łomny plutonowy Jan Ofiara, strzelcy: Jan Gromadka, Tadeusz Woźniak, Feliks Wójcik i Ryszard Królak -mający 18 lat mieszkaniec Łomianek.

Zabitych i rannych było więcej. Zginął strzelec Henryk Leszczyński z Lasek, ranny został kapral „Wude”, starszy strzelec Stanisław Ciark i plutonowy „Kaktus”, który mimo rany dopilnował, aby zabrać z pola walki karabin maszynowy „Maxim”. Rannym pierwszej pomocy udzieliły sanitariuszki w konspiracyjnym punkcie opatrunkowym.

Nagle zostaliśmy zaatakowani przez kilka samolotów nieprzyjacielskich, które lotem koszącym siekły z karabinów maszynowych. Nie mieliśmy działek przeciwlotniczych ani karabinów maszynowych do walki z samolotami. Byliśmy zupełnie bezradni, ale na szczęście po wykonaniu kilku nawrotów samoloty odleciały.

Mimo wszystko walczyliśmy dalej i ostrzeliwaliśmy pozycje wroga z moździerzy, lecz nie osiągnęliśmy istotnej przewagi. W tym mniej więcej czasie zginięli w boju starszy strzelec Mieczysław Dolecki, strzelec Stanisław Wychód-Ochota i Stanisław Piekarski.

Na wschodnim skraju Młocin chorąży „Zbych” z dwoma szwadronami kawalerii ubezpieczał nasze natarcie od północy. Mniej więcej na wysokości Burakowa, w rejonie szosy Warszawa – Modlin, zajął bardzo dogodną pozycję do urządzenia zasadzki. Żołnierze zsiedli z koni, które ukryli w lasku i rozsypali się w tyralierze zajmując dogodne stanowiska strzeleckie. Niebawem od strony Łomianek nadjechały samochody. Początkowo było ich kilka, wiozły piechotę jadącą na pomoc walczącym Niemcom. Kiedy zbliżyły się na odległość około 100 m zostały zaatakowane z obu stron szosy. Kilku Niemców zginęło i zapalony został jeden z samochodów. Niestety sukces trwał krótko, bo jak się wkrótce okazało, w pewnej odległości za samochodami jechały wozy pancerne. W tej sytuacji nasi żołnierze nie widząc możliwości przełamania niemieckiej obrony wycofali się. Podobną potyczkę z oddziałami niemieckimi jadącymi od strony Modlina stoczył szwadron kawalerii „Doliniaków” w rejonie Górki Dziekanowskiej w okolicy Pieńkowa. Niemcy zostali zupełnie zaskoczeni i ponieśli spore straty. Po walce nasi cwałem wycofali się do Puszczy Kampinoskiej.

Walki pod samym lotniskiem dobiegały końca. Mimo że nie bacząc na ofiary nasze oddziały dotarły do pierwszych niemieckich samolotów transportowych, porucznik „Góra-Dolina” – Adolf Pilch podjął decyzję o wycofaniu się. Naszym oddziałom brakowało wsparcia a opór Niemców był wyjątkowo zaciekły. Padał rzęsisty deszcz, gdy zaczęliśmy powoli, sekcjami wycofywać się poprzez zarośla i zagajniki w kierunku Dąbrowy. Początkowo Niemcy nie przejawiali ochoty do pościgu, ale po pewnym czasie na szosie modlińskiej pojawiły się dwa czołgi – Tygrysy i zaczęły nas ostrzeliwać. Musieliśmy przyspieszyć odwrót, aby wyjść z zasięgu ich ognia. Niestety nie mogliśmy zabrać zwłok poległych kolegów, ale jak się później okazało, okoliczni mieszkańcy na miejscu dokonali pochówku zaraz po walce.

O zmierzchu przybyliśmy na planowane miejsce koncentracji w rejonie Łuży. Porucznik „Góra-Dolina” wysłał łącznika do rannego dowódcy Grupy Kampinos – „Szymona” z meldunkiem, że w natarciu na lotnisko zginęło 7 powstańców, 2 uznano za zaginionych, a kilkunastu jest rannych. Strat niemieckich nie ustalono. Większe straty poniósł oddział porucznika Langera. Poległo 22 żołnierzy, a 30 było rannych, w tym wielu oficerów. Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, w większości byliśmy młodymi chłopcami bardzo przeżywającymi to, co działo się wokół. Potyczka pod Wólką Węglową w dniu 1 sierpnia i bitwa o lotnisko na Bielanach następnego dnia pozostawiły w nas trwały ślad, bo były to dni bez sukcesów. Przez całą okupację czekaliśmy na możliwość otwartej walki z okupantem, a gdy ta chwila nadeszła, ponieśliśmy porażkę. Obecnie, po przeszło sześćdziesięciu latach, mam świadomość, że w zasadzie nie mogło stać się inaczej. Nasze uzbrojenie w porównaniu z przeciwnikiem było bardzo słabe, a przewaga liczebna wroga przytłaczająca. Wtedy ocenialiśmy to trochę inaczej. Z naszego punktu widzenia przyszłość Powstania była niepewna, straciliśmy prawie wszystkich naszych dowódców (pozostał właściwie tylko porucznik „Zetes”, dowódca II kompanii). Kieszenie, w których przechowywaliśmy amunicję były puste. Po dwóch dniach walki mieliśmy rozdarte serca, bo zostaliśmy pozbawieni złudzeń, które w nas narastały przez tyle lat. Olbrzymia wola walki została przytłumiona.

Jednak Powstanie się dla nas nie skończyło. Grupa Kampinos walczyła nadal. Wielokrotnie zajmowaliśmy kwatery w rejonie Wierszy, Truskawia, Janówka, Sierakowa, Krogulca, Brzozówki, Pociechy i Sowiej Woli, a bielańskie lotnisko, o które tak ciężko walczyliśmy, chociaż pozostało w rękach! niemieckich, nie nadawało się do użytku, j

Większość z opisanych przeze mnie zdarzeń to moje własne wspomnienia, jako uczestnika tych walk, jednak część materiałów zaczerpnąłem z książki napisanej przez naszego dowódcę „Szymona” pod tytułem „Powstanie w Puszczy”.

Jerzy Regulski

Nasze Łomianki 8 (50) i 9(51) 2005